wtorek, 16 sierpnia 2016

POTPOURRI

     Stos wyprasowanych rzeczy. Najpierw brakuje mi lekko tchu. Już czuję, że to nadchodzi. Nie hamuję, przeciwnie - zawieszam wzrok gdzieś wysoko, żeby bardziej świadomie wejść w ten stan. Stan przedziwnego zawieszenia. Przeżycia swojego osobistego prywatnego smutku tak wsobnie, jak to tylko możliwe. Poszczególne myśli biją pomiędzy kolejnymi biciami mojego tętna. Słyszę je na przemian. Zawieszam myśli w krwioobiegu jak ubrania w szafie, w równych odstępach. Zapełniam nimi tę osobliwą chwilę. Wzruszam się coraz bardziej. Serce przełykam ze śliną. Rozum, ten przyziemny kretyn, próbuje oponować, zepsuć mi ten mój wzruszeniowy reset. Mówi, że smutek jest gorszy od codzienności. Ginie od ciosu wieszaka. Albo zawieszam szubrawca w szafie, by po chwili odciąć go od swojego tętna. 
     Myślę o tym, kim byłabym gdyby życie przytrafiło mi się jeszcze raz. I kim jestem teraz. Doprawdy nie potrafię wybrać... 
     Bardzo lubię ten stan. Gęsią skórkę życia. Prywatny album wzruszeń. 



sobota, 29 listopada 2014

TŁUCZEK

     Nie umiem napisać nic "na pstryk". Nie dlatego, że potrzebuję jakiejś szczególnie twórczej atmosfery w domu, bo nie mam jej nigdy. Z dwójką małych dzieci "czas tylko dla mnie" skraca się w ciągu doby do góra dwóch godzin wieczorem, kiedy położę ich spać. W ciągu dnia, nawet kiedy  moi synowie zajęci są tylko sobą, z drugiego pokoju gada do mnie Pan Krab i Bob Gąbka, albo natychmiast trzeba odnaleźć długą łyżkę do butów, którą Mały zapala światło idąc do łazienki siku. Moje myśli przeskakują od tłuczka do mięsa do pseudofilozoficznych rozważań egzystencjalnych. I jak to draństwo ubrać w słowa... Próbuję tłuczkiem uprościć nieco Heideggera, ale udaje się rzadko. 
     Czasem mam do pisania melodię. Bezczelnie zaczyna grać wtedy, kiedy nalewam wodę do wanny na wieczorną kąpiel dla synów. Wycieram szybko ręce, biegnę do laptopu rozłożonego na łóżku w sypialni, piszę szybko, nie bacząc na błędy i literówki, biegnę z powrotem do łazienki, sprawdzam, czy nie za zimna lub za gorąca, biegiem wracam do sypialni... och... jak to było? Uciekło gdzieś... Umiem lać wodę tylko do wanny... 
     Kiedy więc mam potrzebę wyrzucenia z siebie myśli, które w jakiś przedziwny sposób po napisaniu stają się mniej męczące, a które gromadzą się w mojej głowie jak gaz w balonie, baczę tylko, aby dziecka nie wsadzić do zmywarki, a talerzy do wanny. Nie traktuję swoich myśli jako godnych uwiecznienia. Nic bardziej mylnego. Zawsze mi się wydaje, że to co właśnie piszę jest banalne jak naleśnikowe ciasto. W mojej głowie słowa brzmią co prawda czasem pięknie i górnolotnie, ale kiedy je wypowiadam, albo przenoszę na papier, są cienkie i płaskie jak świeżo usmażone naleśniki. Może takie po prostu są? W zamkniętej przestrzeni głowy wydają się być wielkie i ważne, a wypuszczone w świat - maleńkie i potrącane ramionami tłumu myśli innych ludzi.  I chyba o to mi właśnie chodzi. Zderzam je z myślami innych, żeby w tej konfrontacji utraciły trochę swoją moc. 
     Uwielbiam wymianę myśli i żartów na twitterze. Wolę słowny pingpong niż rozkoszowanie się blogowym curlingiem. Wrzucam teksty tutaj i na twitterze, jakbym się bawiła yo-yo. Bo zadziwia mnie nieodmiennie, jak wiele lekceważonych przeze mnie myśli, a przeczytanych przez innych, do mnie wraca. Z różną siłą, napięciem sznurka, szybkością i finezją ruchu ręki. I chyba po to jest ten blog. O niezwykłej wymianie myśli każdego autoramentu na twitterze nie wspomnę. Szuflada tego nie potrafi. 


                                                     Julia Child via Dangerous Minds 



czwartek, 13 listopada 2014

DIONIZY

     Mam eufemistycznie mówiąc niezbyt dobre wyniki morfologii. Z duszą na ramieniu i z nimi w ręku udaję się do lekarza internisty. Spodziewam się żelaza w tabletkach i gadki, która w równym stopniu mogłaby powodować tylko obstrukcję. Przecież jem, nie oglądam tylko z lubością swojej imponującej kolekcji książek kucharskich i dizajnerskich koszul Gordona. Nawet nie-jem. Według moich znajomych, zagorzałych wegetarian, ja się nawet odżywiam. Wybaczają mi z pobłażliwym uśmiechem moje zamiłowanie do mięs, mając nadzieję, że kiedyś to zmienię, ale potrzebuję tylko czasu jak wolno dojrzewająca szynka. Czekając pod drzwiami pana doktora robię remanent swojego jadłospisu z ostatnich miesięcy. Szykuję się na dyskusję raczej akademicką. Jeszcze żaden z lekarzy nie okazał się być godnym przeciwnikiem, mając w ręku jedynie oręż w formie tabletek powlekanych. Na wszystko. Zupełnie nie biorą pod uwagę, że fizis i psyche powinny być kochankami idealnymi, a antydepresanty są dla mnie w tym układzie niewyobrażalne jak viagra. 
     Pan doktor jest starszym panem o rumianym licu i okularach w złotej oprawie. Z uwagą ogląda moje wyniki, a potem pyta, czy wiem skąd u mnie niedokrwistość i od kiedy. Odpowiadam, że mam kilka podejrzeń i nie zawaham się ich użyć. Jest sympatyczny, zaczynamy żartować. Poważnie i z błyskiem współczucia w oczach patrzy na mnie tylko wtedy, kiedy dowiaduje się, że jestem wdową, a wcześniej byłam zdrowa jak rzepa. Potem odkłada karteczki z morfologią.  - Musi pani zacząć się obżerać - zaskakuje mnie.  - Proszę jeść często, długo i wszystko to na co pani ma ochotę. Dietę ma pani dobrą, ale trzeba czymś panią kolokwialnie mówiąc podkręcić, żeby chciało się pani jeść. Lubi pani czerwone wino? Zdumiona patrzę w środek złotych oprawek. Uwielbiam czerwone wino, a w tym właśnie momencie zaczynam też lubić pana doktora. Dalsze zalecenia przyjmuję z szerokim uśmiechem. Nie wypisze mi na razie żadnej recepty. Wyniki nie są takie złe. Mam się po prostu oddać bachanaliom na jakiś czas, przestać robić wiwisekcje, otaczać miłym towarzystwem i dużo śmiać. I odłożyć te badania, za miesiąc zrobić nowe i przyjść ponownie.  - Kiedyś było takie powiedzenie "nie pij wina, boś chudzina" - dodaje.  - Proszę się tym nie sugerować. Wypijać wieczorem lampkę do kolacji, która ma wyglądać tak wystawnie i elegancko, jakby goście stali za pani drzwiami. Polifenole zawarte w winie utrudniają wchłanianie żelaza, ale w pani przypadku może chodzić o proste pobudzenie apetytu do życia. Wiem, co mówię, sam jestem wdowcem. 
     Mam ochotę pana doktora wyściskać. Rozmawiamy jeszcze przez kilka minut o tym, że medykalizacja opanowała dziś wszystkie obszary naszego życia. Idąc do domu wstępuję do sklepu po wino na dzisiejszy wieczór. Rozgrzeszona. Sumienie mam absolutnie czyste. Poparte cytatem z Mickiewicza: "Oprócz win własnych innego prawdziwego szczęścia nie ma". W myślach nazywam "mojego" pana doktora Dionizy. Szeroki uśmiech i atencja do wysokiego poziomu alkoholu wskazywałyby charakterem na Zinfandel. Dionizy Zinfandel. Pierwszorzędny internista. 


                                                     fot. Peter Miller 



sobota, 8 listopada 2014

wtorek, 4 listopada 2014

MENISK

     Dwa ciężkie dni, pełne smutku i wspomnień, rozmów z dziećmi o przemijaniu. I o tym, że brakuje nam ich Taty cały czas, nie przestajemy o Nim myśleć nawet na jeden dzień. Wieczorem, w kończący się już Dzień Zaduszny, czuję, że jestem jak menisk. Wystarczy jedna kropla, żeby nagromadzone we mnie uczucia się przelały. I właśnie wtedy twitter zaczyna się bawić w zabawę, polegającą na takiej zmianie treści tytułów znanych filmów, czy dzieł literackich i muzycznych, żeby w treści znalazło się słowo penis (#tytułyzpenisem). Chwila zawahania, przecież to Zaduszki. A potem zaczynam wymyślać razem z innymi. Pojawiają się dziesiątki śmiesznych skojarzeń, zabawa rozkręca się na całego. Przy niektórych tytułach śmieję się na głos. Do laptopu. Tylko twitter potrafi mnie tak rozbroić. Właśnie przez to, że mogę ot tak włączyć się do głupiej zabawy. Bawisz się? Bawię. To ja też. Ja też coś fajnego wymyśliłem. O, a ja sypnę trzema naraz. Penisy opanowują w pewnym momencie cały mój timeline. Słowa krytyki, bo takie też się pojawiły, są myślę zupełnie niepotrzebne. Nigdy nie wiemy, co kogoś rozładowuje, jego napięcie, smutek, depresję. To wcale nie takie rzadkie zjawisko, że śmiejemy się na stypach, wspominamy żartem zmarłego, albo jego żartobliwe podejście do życia. Twitter bywa antydepresantem. Bez farmakologii. Bez kozetki. Wygadujesz co ci leży na sumieniu, bądź słuchasz. Raz prawisz głupoty, a raz gadasz naprawdę serio. Od gorzkiej refleksji przechodzisz do najbardziej rubasznego żartu. Twitter ma właściwą dla życia sinusoidę. 
    Udział w tej zbiorowej głupawce pozytywnie rozwala moje siły spójności, jak w menisku. Jesteśmy czasem naczyniem wypełnionym po brzegi, ograniczonym ściankami różnych uczuć. Nie jestem meniskiem wypukłym, w którym siły spójności są większe niż siła przylegania myślami do uczuć. Taką spójność ma miód. Ja jestem meniskiem wklęsłym. Bardziej przylegam do ścianek uczuć niż posiadam wewnętrzną spójność. Jak... alkohol. Czuję po tej zabawie taką ulgę, jakby nie tylko rozlał się płyn wewnątrz mnie, ale rozsadziło cały kieliszek. Mogłabym swój wklęsły menisk dopełnić, przelać alkoholem, ale twitter załatwił to za mnie. Po kilku ćwierkach z penisem w tytule czuję się jak Lucien z "Amelii", który wyrzuca z siebie z ulgą inwektywy pod adresem znienawidzonego właściciela straganu, pana Colignon. Bo życie bywa czasem tak smutne i nie-do-pojęcia, że śmiech jest naturalną tego konsekwencją, przelaniem menisku, przerwaniem napięcia jedną kroplą za dużo. 


niedziela, 2 listopada 2014

DRZEWO CZIPSOWE

     Święto Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny nie kojarzy się moim synom z cukierkami. Ani z dynią i przebierankami za postaci z horrorów i duchy. Owszem, stykają się z tymi przejawami kultury masowej w szkole i przedszkolu. I wystarczy. Jakoś mi nie pasuje zachęcanie moich synów do psikusów i zabawy jednego dnia, a drugiego buch! - na cmentarz. I dumaj Synu, jak to halołin powiązać z powagą sytuacji. Moi synowie i tak mają swoje refleksje na temat śmierci. Nie robimy z tego święta ani szopki ani dramatu. Nie grzebię w ich małych duszach. Rozumieją więcej, niż przypuszczam, mimo, że o śmierci ich Taty rozmawiamy tylko czasem. Właśnie wtedy, kiedy sprowokowani nastrojem rozświetlonego blaskiem lampek cmentarza, trochę się odkrywają i refleksyjnie pytają dlaczego, albo po co. Pośród tych setek światełek, które kiedyś zgasły i setek, które zapalamy po to, żeby o nich nie zapomnieć, łatwiej mi wytłumaczyć moim synom, że śmierć dotyka każdego. I że nie ma w tym jakiegoś racjonalnie pojmowanego sensu, czy planu. Jestem zdania, że dzieci trzeba traktować poważnie wtedy, kiedy takimi chcą być. Większość swojego dzieciństwa i tak się śmieją i wygłupiają. Nie wymagam od swoich synów zachowania szczególnej powagi na cmentarzu, w końcu to tylko dzieci.
     Obydwaj są zafascynowani kolorami i światłem. Tylko w ten jeden dzień chodzę z nimi na grób ich Ojca po zmroku. Kupuję dwa małe znicze, żeby nie było walki o to, który zapala. Potem stoimy i każde z nas zostaje ze swoimi myślami sam na sam. Młodszy kopie liście, jemu zaduma zajmuje góra minutę. Zazdroszczę mu tempa, w jakim jego pięcioletni umysł przechodzi z jednej myśli w drugą. I tego, że w gruncie rzeczy to miejsce kompletnie nie kojarzy mu się z Ojcem. Starszy ma gorzej. Jego ośmioletni umysł próbuje ogarnąć obecność i nieobecność, nie ma, czy jednak jest. Po chwili skupienia wzroku tylko na światełkach zniczy, patrzy w górę. Tknięty nagłą myślą przerywa milczenie: - Mamo, to drzewo ma listki jak czipsy. Patrzę na małe drzewko rosnące obok rodzinnego grobowca. Rzeczywiście, w blasku zniczy jego małe pożółkłe już listki wyglądają jak pofalowane prażone listki ziemniaka. Uśmiecham się do syna i zaczynamy żartować, że jesienią na Tatę spada deszcz czipsów. Mówię mu o tradycji Dziadów i o tym, że w Rosji i na Białorusi krewni zmarłego przynoszą na grób jedzenie i piją setkę wódki. Polewają również zmarłemu. W ten sposób czują z nim jedność, przez prostą czynność "wspólnego" jedzenia i picia. Mój syn jest zachwycony opowieścią. Czuję, że dzięki temu porównaniu i skojarzeniom zrobiło nam się po prostu... lżej. Przywołaliśmy w to miejsce Ducha zamiast patrzeć w zadumie na zimny kamień z wyrytym na nim naszym nazwiskiem. Obejmuję syna i zgarniam młodszego, który rozkopał już wszystkie liście na sąsiednie alejki. Przed odejściem szybko wyjmuję z torebki papierosa i tak, żeby synowie nie widzieli, wsuwam go w szparę między granitowymi płytami.




sobota, 1 listopada 2014

NIEBIESKI HAMAK

     Na cmentarzu tłumy. Nie mam tu nikogo poza Nim. Moim Mężem. Idę szybko zapalić mały znicz rano. Nie chcę nikogo spotkać. Dzieci są u moich rodziców, przyjeżdżają po południu, czeka mnie więc dziś jeszcze jedna podróż na Powązki, z Jego synami. Lawiruję w strumieniu ludzi idących w różnych kierunkach głównymi i mniejszymi alejkami, ktoś potrąci, ktoś przepuści, zahaczy foliową reklamówką z donicą chryzantem, i myślę, jaki świat jest bez Niego opustoszały i bezludny. 

     Nie umiem wyrazić lepiej, tego co czuję, niż zrobił to Wojciech Waglewski, żegnając swojego przyjaciela. To tekst, w którym wystarczy zmienić tylko imię. 

                                    Jak Ci tam... Marcinku... w niebie
                                    jak tam jest
                                    czy dbają o Ciebie
                                    i czy dają dobrze zjeść
                                    czy po obiedzie spada
                                    nagle z nieba deszcz
                                    tych cieniutkich fajek
                                    gdy taka potrzeba

                                    czy te ubranka białe to nie klęska
                                    niby wygodne może lecz
                                    mało dość męskie
                                    czy w tych melodiach miłych granych od rana
                                    Twoje bębenki też są przewidziane

                                    czy warto porządnym być tak
                                    by tam się znaleźć
                                    czy lepiej tutaj tak w amoku
                                    bez sensu szaleć
                                    czy warto tak dobrym być Chłopaku
                                    że to przesada aż
                                    i bujać się teraz w niebieskim hamaku
                                    z tym wszystkim co tam masz

                                    https://www.youtube.com/watch?v=3smWREPCqHs


czwartek, 30 października 2014

LUSTRZANKA

     Dostałam od rodziców oryginalne imię. Niektórzy mówią, że piękne. Okazało się na tyle problematyczne, że nikt w rodzinie go nie używa. Nadano mi więc nieoficjalnie inne, imię jeszcze rzadsze, ale które paradoksalnie okazało się cieplejsze, bliższe, łatwiejsze do zdrabniania i dla nich, i dla mnie. Jedno imię mam więc subtelne, wyrafinowane, a jedno swojskie jak przezwisko. Jedno dla kobiety, drugie dla dziewczynki. Całe życie funkcjonuję pod obydwoma. Jak u Bułhakowa - raz jestem osobą nieurzędową, a jutro mogę być urzędowa, i to jak! Ta dwoistość zbiegła się z datą urodzenia pod znakiem zodiakalnych Bliźniąt. Mam więc podwójną osobowość, która pozornie niespójna, jest jednak symetryczna. Ekstrawertyczna, ale bardzo skryta. Nie mówię wszystkiego, co myślę i nie zawsze robię to, co mówię. Chłodna i czysta jak źródłosłów mojego formalnego imienia i jednocześnie dwuznaczna, frywolna i nieprzejrzysta jak domowy przydomek. Przypominam lustro w mojej łazience, które kiedy w nie patrzę myjąc zęby, zachlapane jest tylko do połowy. Góra jest idealnie czysta. Dół upaprany pastą. Nadal to jednak jedno stanowiące całość lustro. Skrupulatnie myję tę brudną połówkę w poszukiwaniu jedności choć na chwilę. Na próżno.
     Lustro i ja w jego odbiciu cały czas się zmieniamy. Uwielbiam zmiany, są dla mnie przejawem wolności. Cały czas coś zmieniam, od rzeczy ważnych do drobnostek. Najtrudniej pozbywam się uczuć. Bo w tym życiowym panta rhei przywiązuję się tylko do rzeczy, które darzę szczególną miłością. I to jedno pozostaje niezmienne. Reszta jak u Heraklita. Lubię przechodzić jakby z jednego świata do drugiego, jak w "Atlasie chmur" Tykwera. Robię to szybko, nie dojrzewam do zmian latami, zmieniam wszystko, co instynktownie wydaje mi się konieczne i w danym momencie możliwe. Pośrodku tego procesu i tak jestem jak oś, niezmienna. Niech sobie wszystko wiruje wokół. Oś symetrii zupełnie niezrozumiałej dla innych. Kiedy wypowiadamy słowo zmiana, zawsze jest pokusa, żeby ją dookreślić. Na lepsze, na gorsze, druga, skórna, częściowa, hasła, czasu, nazwiska. Chyba zbyt szybko ją dopełniamy. Próbujemy nadążyć za zmianą, a ona sama za tym nie nadąża. Podobnie jak ja. Powinnam mieć na imię zmiana. Chorwacka Promjena. Piękne imię dla dziewczynki. Albo rosyjska Smiena. 




wtorek, 28 października 2014

PUENTY

     Przeglądanie profili na portalu randkowym ostatnio przypomina zabawę w "spot the difference". Po dwóch miesiącach korespondowania z panami różnej maści lub prostego odpierania ataków Hunów, chcących czym prędzej posiąść ziemię, mam wrażenie, że niewiele już jest mnie w stanie zaskoczyć. A jednak.
     Kamil, lat 36. Kilka zdjęć. Rozmarzone spojrzenie, siedzi zamyślony na skórzanej kanapie, podpiera ręką kędzierzawą głowę. Na każdym jest jakby nieobecny. Nie powinnam lekceważyć przeczucia, które już się pojawiło - Kamil wygląda jakby był w dalekiej podróży. Zaskakuje mnie wielością i barwą zdań, które formułuje zaraz po powitaniu. Mężczyźni są zazwyczaj zwięźli w rozmowie na czacie. Albo od razu zmierzają do sedna, czyli kiedy można się ze mną umówić, niektórzy dodają do tego dopełnienie w postaci "gorący seksik", najlepiej za trzy minuty, przeczesz tylko włosy i wbijaj, albo żartują niezobowiązująco, ale cokolwiek by mówić - znacząco. W pierwszym przypadku już nie reaguję, w drugim daje się czasem po prostu miło poflirtować. Kamil jest typem odmiennym. Buduje zdania wielokrotnie złożone, opisujące dokładnie jego sytuację życiową, oczekiwania, doświadczenia wyniesione z poszukiwań na portalu. Pisze całkiem mądrze, więc nasza rozmowa szybko staje się nie tylko banalnym klikaniem, a wymianą myśli. Pewnie dlatego Kamil po jakimś czasie zaczyna zdradzać o sobie rzeczy, które zaczynają przypominać literacką gradację. Podkreśla, że jest szczerym, wrażliwym, pełnym ciepła i empatii chłopakiem, który ma "oddaną" naturę, jeśli chodzi o kobiety. Szuka zaufanej Pani, którą mógłby adorować. Ale obecnie ma poważne problemy. Zaczyna je wymieniać. Pierwszym jest wypalenie zawodowe. Marzy o mało stresującej, prostej pracy, ale jak sam to nazywa zmiana jest zbyt skomplikowana. Nie komentuję na razie bo Kamil ewidentnie chce się wygadać. Kolejnym jego problemem jest depresja. Jego historia jest trudna, mimo to chciałby poznać kogoś, kto go wesprze w trudnych momentach życia. Ma chwile zwątpienia, potrzebuje bratniej duszy. Niestety żadna z dotychczas poznanych kobiet nie rozumie co go wzrusza i z jaką intensywnością. Jest taki wrażliwy... Dobija mnie informacją, że ma problemy z potencją, ale jest przekonany, że akurat ten problem przy pomocy odpowiedniej partnerki dałby się szybko rozwiązać. Próbuję się jakoś odnieść do tego, co już przeczytałam, ale Kamil kategorycznie stwierdza, że wiem o nim jeszcze zdecydowanie za mało, żebym cokolwiek mogła o nim powiedzieć. Trochę zirytowana piszę więc, że jeśli nie chce się kłaść na portalową kozetkę, dlaczego anonsuje się jako pacjent. Lepiej by było porozmawiać o operze, którą wymienia w zainteresowaniach na profilu. Kamil potwierdza i szybko wraca do tematu, w którym osadzony jest jako główny bohater. Nazywa się małym chłopcem, wrażliwym, zbyt wrażliwym na ten świat, takim Małym Księciem. A ponieważ lubi operę to chciałby być Paziem Królowej, w rajstopkach i baletkach. O jasna balerina! Myślę, że żartuje. Niestety nie... Kamil zdradza, że zaufanej kobiecie chciałby podkradać rajstopy, tylko muszą mieć dużo lycry bo on nosi rozmiar 5. To miałby być tylko mały element naszych relacji (?!) a nie ich punkt kulminacyjny (?!)... Jednym słowem chciałby się przy mnie czuć jak uczeń baletu. Jako mały chłopiec uczęszczał na zajęcia ogniska baletowego, bardzo lubił ćwiczyć i teraz pragnie powrócić do tamtych przeżyć pod okiem zaufanej Pani. Kolejny raz upewniam się, że Kamil nie żartuje. Skąd! On to wszystko na poważnie, dlaczego to ja żartuję z jego wrażliwości?... Przeprasza mnie na pięć minut, bo musi coś pilnego załatwić. Piszę, że oczywiście, zaczekam, choć w myślach marzę raczej o puencie tej rozmowy a nie o puentach w szafie Kamila. Mija pół godziny. Siedzę jeszcze przy laptopie, ale zajmuję się już zupełnie czymś innym, myśląc po dziesięciu minutach oczekiwania, że Kamil szczęśliwie dla mnie przysnął przy Czajkowskim albo poszedł zrobić coupé w swoich baletkach i o mnie zapomniał. Niestety wraca na czat z zapytaniem, czy jego skromna osoba mnie interesuje, mimo intymnych zwierzeń o rajstopach i głębokiej depresji. Bo on jest mną żywo zainteresowany i chciałby się umówić na spacer. Zakłada, że ponieważ jestem wdową, doskonale zrozumiem jego życiowe problemy, wysłucham, utulę i opowiemy sobie o swoim przygnębieniu i samotności na tym okrutnym padole. Odmawiam. Mam w myślach rysunkowy żart Mleczki, na którym leży obok siebie para. On zwraca się do niej słowami: "Wiesz, twoja depresja przy mojej jest doprawdy śmieszna". Potem przychodzi mi błyskawicznie do głowy bajka mojego dzieciństwa Motyl Emanuel i Makowa Panienka. W roli motyla on, tańczący na czubkach puent, pląsający wokół mnie z opowieścią, jakie życie jest ciężkie i przytłaczające. Piszę Kamilowi, że nie po to jestem na portalu randkowym, żeby leczyć czyjąś depresję, proponuję udanie się do psychologa. Próbuję mu jakoś zwięźle przekazać, że nie jestem osobą, której poszukuje i nie mam wcale na myśli rozmiaru rajstop. Kamil zawzięcie oponuje, nazywa mnie raz wyjątkową, wrażliwą istotą, a raz okrutną egoistką. Zdania płyną jak libretto do Jeziora Łabędziego. I nie jest to Kamila łabędzi śpiew. Ponieważ nie mam baletowego usposobienia kończę rozmowę w stylu, którego rzadko używam, ale w tym wypadku wydaje się być konieczny - blokuję Kamila z myślą o fraszce Tadeusza Fangrata: "U impotenta cudem puenta".




poniedziałek, 27 października 2014

JAJECZNICA PART 2

       Parę lat temu oglądałam cudowny benefis Olgierda Łukaszewicza zrealizowany w Teatrze Stu w Krakowie. W konwencji koleżeńskiego zjazdu absolwentów krakowskiej PWST. Mnóstwo anegdot i żartów. Dziś przypomniał mi się jeden. Łukaszewicz, grzeczny śląski chłopak, mieszkał w jednym akademiku z Wojciechem Pszoniakiem, w tamtych czasach hulaką i birbantem. Kiedy pewnego dnia Pszoniak wracał rano po suto zakrapianej imprezowej nocy do akademika, zastał Ola grzecznie smażącego sobie jajeczniczkę. Niewiele myśląc chwycił mu tę patelnię i wyrzucił przez okno, wrzeszcząc: - Olo, życie jest ważne, a nie jakaś tam ku... jajecznica!
   Idę dziś wieczorem na spotkanie z najcudowniejszymi ludźmi, jakich znam. Taki zjazd absolwentów - nieabsolwentów jednego przedsięwzięcia, które zmieniło nasze życie. Widzę ich rzadko, ale dzięki temu nikt z nas nie myśli o jajecznicy rano, pijąc najlepsze w Warszawie mojito.