czwartek, 13 listopada 2014

DIONIZY

     Mam eufemistycznie mówiąc niezbyt dobre wyniki morfologii. Z duszą na ramieniu i z nimi w ręku udaję się do lekarza internisty. Spodziewam się żelaza w tabletkach i gadki, która w równym stopniu mogłaby powodować tylko obstrukcję. Przecież jem, nie oglądam tylko z lubością swojej imponującej kolekcji książek kucharskich i dizajnerskich koszul Gordona. Nawet nie-jem. Według moich znajomych, zagorzałych wegetarian, ja się nawet odżywiam. Wybaczają mi z pobłażliwym uśmiechem moje zamiłowanie do mięs, mając nadzieję, że kiedyś to zmienię, ale potrzebuję tylko czasu jak wolno dojrzewająca szynka. Czekając pod drzwiami pana doktora robię remanent swojego jadłospisu z ostatnich miesięcy. Szykuję się na dyskusję raczej akademicką. Jeszcze żaden z lekarzy nie okazał się być godnym przeciwnikiem, mając w ręku jedynie oręż w formie tabletek powlekanych. Na wszystko. Zupełnie nie biorą pod uwagę, że fizis i psyche powinny być kochankami idealnymi, a antydepresanty są dla mnie w tym układzie niewyobrażalne jak viagra. 
     Pan doktor jest starszym panem o rumianym licu i okularach w złotej oprawie. Z uwagą ogląda moje wyniki, a potem pyta, czy wiem skąd u mnie niedokrwistość i od kiedy. Odpowiadam, że mam kilka podejrzeń i nie zawaham się ich użyć. Jest sympatyczny, zaczynamy żartować. Poważnie i z błyskiem współczucia w oczach patrzy na mnie tylko wtedy, kiedy dowiaduje się, że jestem wdową, a wcześniej byłam zdrowa jak rzepa. Potem odkłada karteczki z morfologią.  - Musi pani zacząć się obżerać - zaskakuje mnie.  - Proszę jeść często, długo i wszystko to na co pani ma ochotę. Dietę ma pani dobrą, ale trzeba czymś panią kolokwialnie mówiąc podkręcić, żeby chciało się pani jeść. Lubi pani czerwone wino? Zdumiona patrzę w środek złotych oprawek. Uwielbiam czerwone wino, a w tym właśnie momencie zaczynam też lubić pana doktora. Dalsze zalecenia przyjmuję z szerokim uśmiechem. Nie wypisze mi na razie żadnej recepty. Wyniki nie są takie złe. Mam się po prostu oddać bachanaliom na jakiś czas, przestać robić wiwisekcje, otaczać miłym towarzystwem i dużo śmiać. I odłożyć te badania, za miesiąc zrobić nowe i przyjść ponownie.  - Kiedyś było takie powiedzenie "nie pij wina, boś chudzina" - dodaje.  - Proszę się tym nie sugerować. Wypijać wieczorem lampkę do kolacji, która ma wyglądać tak wystawnie i elegancko, jakby goście stali za pani drzwiami. Polifenole zawarte w winie utrudniają wchłanianie żelaza, ale w pani przypadku może chodzić o proste pobudzenie apetytu do życia. Wiem, co mówię, sam jestem wdowcem. 
     Mam ochotę pana doktora wyściskać. Rozmawiamy jeszcze przez kilka minut o tym, że medykalizacja opanowała dziś wszystkie obszary naszego życia. Idąc do domu wstępuję do sklepu po wino na dzisiejszy wieczór. Rozgrzeszona. Sumienie mam absolutnie czyste. Poparte cytatem z Mickiewicza: "Oprócz win własnych innego prawdziwego szczęścia nie ma". W myślach nazywam "mojego" pana doktora Dionizy. Szeroki uśmiech i atencja do wysokiego poziomu alkoholu wskazywałyby charakterem na Zinfandel. Dionizy Zinfandel. Pierwszorzędny internista. 


                                                     fot. Peter Miller 



3 komentarze:

  1. człowiek nie składa się z samej duszy

    OdpowiedzUsuń
  2. ale czemuż próbujemy leczyć tylko ciało? a duszę tak nieudolnie, że tylko poprzez ciało?

    OdpowiedzUsuń
  3. pełna zgoda, bo to działa w obie strony. głowa może skutecznie zatruć ciało i żadne prochy nie pomogą. z kolei wiele boleści duchowych da się czasem wyleczyć zwykłym talerzem rosołu…

    OdpowiedzUsuń