niedziela, 2 listopada 2014

DRZEWO CZIPSOWE

     Święto Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny nie kojarzy się moim synom z cukierkami. Ani z dynią i przebierankami za postaci z horrorów i duchy. Owszem, stykają się z tymi przejawami kultury masowej w szkole i przedszkolu. I wystarczy. Jakoś mi nie pasuje zachęcanie moich synów do psikusów i zabawy jednego dnia, a drugiego buch! - na cmentarz. I dumaj Synu, jak to halołin powiązać z powagą sytuacji. Moi synowie i tak mają swoje refleksje na temat śmierci. Nie robimy z tego święta ani szopki ani dramatu. Nie grzebię w ich małych duszach. Rozumieją więcej, niż przypuszczam, mimo, że o śmierci ich Taty rozmawiamy tylko czasem. Właśnie wtedy, kiedy sprowokowani nastrojem rozświetlonego blaskiem lampek cmentarza, trochę się odkrywają i refleksyjnie pytają dlaczego, albo po co. Pośród tych setek światełek, które kiedyś zgasły i setek, które zapalamy po to, żeby o nich nie zapomnieć, łatwiej mi wytłumaczyć moim synom, że śmierć dotyka każdego. I że nie ma w tym jakiegoś racjonalnie pojmowanego sensu, czy planu. Jestem zdania, że dzieci trzeba traktować poważnie wtedy, kiedy takimi chcą być. Większość swojego dzieciństwa i tak się śmieją i wygłupiają. Nie wymagam od swoich synów zachowania szczególnej powagi na cmentarzu, w końcu to tylko dzieci.
     Obydwaj są zafascynowani kolorami i światłem. Tylko w ten jeden dzień chodzę z nimi na grób ich Ojca po zmroku. Kupuję dwa małe znicze, żeby nie było walki o to, który zapala. Potem stoimy i każde z nas zostaje ze swoimi myślami sam na sam. Młodszy kopie liście, jemu zaduma zajmuje góra minutę. Zazdroszczę mu tempa, w jakim jego pięcioletni umysł przechodzi z jednej myśli w drugą. I tego, że w gruncie rzeczy to miejsce kompletnie nie kojarzy mu się z Ojcem. Starszy ma gorzej. Jego ośmioletni umysł próbuje ogarnąć obecność i nieobecność, nie ma, czy jednak jest. Po chwili skupienia wzroku tylko na światełkach zniczy, patrzy w górę. Tknięty nagłą myślą przerywa milczenie: - Mamo, to drzewo ma listki jak czipsy. Patrzę na małe drzewko rosnące obok rodzinnego grobowca. Rzeczywiście, w blasku zniczy jego małe pożółkłe już listki wyglądają jak pofalowane prażone listki ziemniaka. Uśmiecham się do syna i zaczynamy żartować, że jesienią na Tatę spada deszcz czipsów. Mówię mu o tradycji Dziadów i o tym, że w Rosji i na Białorusi krewni zmarłego przynoszą na grób jedzenie i piją setkę wódki. Polewają również zmarłemu. W ten sposób czują z nim jedność, przez prostą czynność "wspólnego" jedzenia i picia. Mój syn jest zachwycony opowieścią. Czuję, że dzięki temu porównaniu i skojarzeniom zrobiło nam się po prostu... lżej. Przywołaliśmy w to miejsce Ducha zamiast patrzeć w zadumie na zimny kamień z wyrytym na nim naszym nazwiskiem. Obejmuję syna i zgarniam młodszego, który rozkopał już wszystkie liście na sąsiednie alejki. Przed odejściem szybko wyjmuję z torebki papierosa i tak, żeby synowie nie widzieli, wsuwam go w szparę między granitowymi płytami.




1 komentarz:

  1. Nad grobem mojej Babci nie ma drzewa czipsowego,ale o papierosach będę pamiętała.I choć one ją zabiły (?) wiem,że palenie było Jej przyjemnością ...

    OdpowiedzUsuń