wtorek, 30 września 2014

BUTY

     Siedzę na placu zabaw. Z zeszytem. Bardzo dobre miejsce do pisania. Dzieci mi urosły, mają za krótkie nogawki u spodni. Brakuje mi fajek. Przy dzieciach nie palę, bo pytają, czy umrę od tego jak tata. Mówię, że nie żyje tylko jego ciało. Jego krew złączona z moją płynie w ich żyłach, jest więc cały czas w nich. Pedałuje z nimi na rowerze. Teraz jeszcze tego nie rozumieją, ale brak ojca będzie im towarzyszył całe życie. Będą tworzyć sobie jego obraz z opowiadań i zdjęć, bo niewiele zapamiętają. Starszy ma naturę Małego Księcia, skłonność do filozofowania. Naturalnym dla mnie było wytłumaczenie mu, że jego tata jest teraz wszędzie. Przemawia do niego teoria o ciągłej wymianie energii i materii we wszechświecie, więc uwierzył, że tata jest, tylko trochę mniej... uporządkowany. Młodszy nie rozumie ni w ząb. Dla niego tata zniknął, pytał dlaczego nas zostawił. Tłumaczenie mu pojęć abstrakcyjnych jest jak wyszarpywanie wnętrzności, od razu wyprowadza mnie to ze stanu pozornej równowagi. Liczę na to, że szybko zapomni. 
     Wiem, że opowiadam teraz historię, której właściwie tylko maleńki zarys rozszarpuje ludzi na strzępy. Nie da się inaczej, albo trzeba milczeć. Coraz częściej to robię. Mój Mąż śni mi się czasem. To niezwykłe sny, bo widzę Go wtedy takiego jak dawniej, nie zniszczonego chorobą. Co ciekawe, zwraca się do mnie słowami, które nie przyszłyby mi do głowy, chodzi o niuanse składni, zwroty, specyficzne sformułowania. Tak, jakby miało to oznaczać, że właśnie te sny nie są wytworem pracy mojego mózgu... Bardzo chciałabym, żeby tak było. I żeby śnił mi się częściej. Bo dzięki Niemu nadal wierzę w miłość. 
     Znam już uczucie wszechobecnego współczucia w oczach otoczenia. Oj znam. Każdy pyta, jak sobie radzę, czy jakoś pomóc, a ja MUSZĘ się jakoś do tego odnieść. Bolesny konwenans. Bo dalszym znajomym nie wypada powiedzieć w twarz, że jest dupa. Pytają ze strachem i zaraz potem w tych samych oczach widzę ulgę, kiedy odpowiadam, że jest ok. Tylko naprawdę bliskim można opowiadać o codziennych roztopach. Czy ja sobie radzę?... Trudno mi to ocenić. Nie wiem, czy to co robię, to radzenie sobie, czy jednak nie. Nie mam doświadczenia. Nie straciłam do tej pory nikogo z bliskiej rodziny. Strata Męża jest jak strzał z grubej rury, od razu człowiek mi najbliższy, ukochany, który nawet nie zdążył mi się znudzić jako partner. Nigdy nie udało nam się nawet porządnie pokłócić. Dzieci powstały z wielkiej namiętności, chciane, wyczekane. Cudne. Codziennie mierzę się z żalem, bólem niemal fizycznym. A jednak człowiek jest jak karaluch. Ta sytuacja, cholernie powoli, ale jednak... powszednieje. Żyję "normalnie", chodzę do pracy, uśmiecham się, spotykam z ludźmi, tulę dzieci. Minęło sporo czasu. Powoli Go zapominam. Nie czuję się już jak po amputacji nogi. Odzyskałam motorykę. Czas stał się dla mnie jak proteza. Ale nie jakaś tam sztuczna gumowa noga, tylko doskonała, z węglowego włókna. Jeszcze nie zasuwam na niej jak Oskar Pistorius, ale zamierzam. 
     Każde miejsce jest dobre, żeby poznać ciekawego człowieka. Bar, portale społecznościowe, portal randkowy. Nowe znajomości są atrakcyjne jak nowe buty. Mój Ukochany był jak ulubione trampki w kwiatki. Na portalu randkowym do tej pory same szpilki, mokasyny i kalosze. Przestaję wierzyć, że to sklep z trampkami. Choć nie szukam podobnych, w kwiatki, muszą być na przykład w kratkę. Tylko rozmiar 36. 

                                                  Edward Hopper Morning sun


poniedziałek, 29 września 2014

MLECZAKI

     Wizyta z czterolatkiem u dentysty. Godzina jazdy w korkach. Wykorzystuję ją na stosowanie różnych socjotechnik. Wszystko na nic. Całe jego czteroletnie życie próbuję sprawić, żeby z moją pomocą unikał bólu. Nie biegaj szybko, bo się przewrócisz, uważaj, nie dotykaj tego, nie właź do kuchni - piecze się, nie próbuj wsadzać paluchów do wentylatora, nie patrz w dół kiedy zasuwam ci bluzę. Zabierz paluchy, zamykam drzwi. A potem zdumionego wiozę do stomatologa. Za każdym razem, kiedy siedząc na mnie na fotelu dentystycznym wrzeszczy i zlewa mi łzami twarz i szyję, po skończonym leczeniu mam ochotę wypić setkę. Obliczyłam, że zanim sam zrozumie nieuchronność i pójdzie na jakąkolwiek współpracę, zmieszczę się w pół litrze. Powinnam tę setkę nosić w torebce. Wychodząc od dentysty z synem za rękę chlasnąć ją po prostu gdzieś w bramie. Dentystę mamy na Pradze. Idealnie dekadenckie otoczenie. W drodze powrotnej przerywam milczenie. Z wymuszonym przekonaniem w głosie, poradnikowo. Synku, jestem z ciebie bardzo dumna. Przytakuje mi bez wiary. Byłeś bardzo dzielny. Słyszeli to nawet na Żoliborzu. Z dumą spostrzegam, że zrozumiał żart.



niedziela, 28 września 2014

OCHOTNIK

     Nudzę się. Na portalu randkowym widzę Sebka online. Pytam, jak wieczór. "Oglonda" film. Nie ma dziś nocnej zmiany w ciepłowni. A dobry jakiś? - pytam. - Zaczyna się właśnie. Picz blach. - Co takiego? - Jest onlajn, więc mi odpisuje, ale oglonda. Tytuł filmu Picz blach. A tak wogule to nie lata po portalach i nie bajeruje bo się przestał lansować. Świeci się onlajn, owszem, ale oglonda telewizję. Nie ogarniam dziś Sebka. Pytam tylko na jakim programie ten film. Na tvn. Włączam telewizor, aaa  - Pitch Black. Pozostawiam Sebka w ekstremalnych ciemnościach na nieznanej planecie, pisząc, że skoro ogląda, to mu nie przeszkadzam. On mi, że spoksik. Wyłączam telewizor. Z dwojga złego wybieram portalowy mrok. Chcę dziś z kimś pogadać.
     Pisze Dawid. Lat 37. Zwykły profil, przyjemna aparycja. Po skomplementowaniu moich zdjęć i imienia, oraz wymianie paru zdań na temat wieczoru na portalu, Dawid milknie na parę minut. Wreszcie pyta: - Masz ochotę? Pytam na co. No, na wszystko - odpowiada. Dopytuję: - Wszystko, czyli co? No wszystko, przecież pisze do mnie wyraźnie. On ma ochotę. Na wszystko. Pytam więc, czy na moją odmowę też ma ochotę? Skoro wszystko to wszystko - piszę. No nie, myślał raczej o zgodzie. Ale na co? - pytam, mając nadzieję, że nie odpowie już, że na wszystko. Dawid pisze, że tak ogólnie. Wzdycham, na jedno wyszło. A z jakiej jestem dzielnicy? Odpowiadam, że z Woli. O, to fajnie, bo on jest z Ochoty. Parskam śmiechem. Kolejny raz parskam, kiedy ponawia pytanie czy mam ochotę. Mogłabym wrócić do wymiany pytań na co tę ochotę, ale nie wiem czy jest sens. Odpowiadam więc, że mam. A co! Może nastąpi jakiś zwrot akcji. W odpowiedzi Dawid pyta... na co mam ochotę. Odbijam piłkę, że na wszystko. Konsternacja, czekam dwie minuty. Pisze, że spodziewał się czegoś bardziej konkretnego. Zirytowana pytam czego. Odpisuje mi, że wszystkiego.
     Randkowy impas. Mogłabym co prawda napisać, że mam Ochotę - na trasie do swojego ginekologa na Ursynowie, to jest konkret. Dawid mógłby się jednak zawstydzić, gdyby moje skojarzenie z Ochotą, czy ochotą, okazało się zbyt konkretne. Moglibyśmy pogadać więc tylko ogólnie wszystko o wszystkim, o ochocie na Ochocie, woli na Woli. Ale mi się nie chce. Moja Wola nijak się nie zgra z jego Ochotą, żebyśmy mogli na koniec jak w bajkach wylądować w Parku Szczęśliwickim.


                                                              Sarah Moon

sobota, 27 września 2014

TUTLI - PUTLI

     Nudzę się, nudzę piekielnie...
     Wszystko się stało tak marne,
     Tak małe i płaskie śmiertelnie,
     Że nawet kolonie karne

     Nie mogą dostarczyć kochanka,
     Godnego mych pragnień szalonych,
     Nie jestem ja nimfomanka,
     Ale wśród rozdrobnionych

     Uczuć i namiętności
     Pęka me serce od nudy.
     Dusza dostaje nudności,
     Od czasów naszych ułudy. 

     Za jakąż, za jakąż karę
     Żyć muszę w tej marnej epoce,
     Gdzie kochać się można naprawdę
     W bawole chyba lub foce.

     Och, czemuż nie jestem zwierzęciem
     W preriach lub w jakiejś wodzie!
     Och! Któż mnie wreszcie nasyci
     W miłości potwornym głodzie.

      Witkacy


                                          Madame Tutli-Putli, animacja, prod. Kanada 2007

                                          https://www.youtube.com/watch?v=GGyLP6R4HTE

piątek, 26 września 2014

DOKTOR F.

     Przeczytałam niedawno, że naukowcy zbadali serce Chopina, przechowywane w szklanym słoju. Stwierdzili, że ma się dobrze. Moje wcale nie. Portal randkowy coraz bardziej przypomina szklany zbiornik wypełniony formaliną, substancją bezbarwną, ale o ostrym i drażniącym zapachu i smaku. Muszę często łączyć ją z etanolem, żeby w ogóle ogarnąć rozmówcę.
     Pisze do mnie Jan, lat 43. Jak historia pokaże nie Bez Ziemi, ale za to z żoną. Przemilcza to w profilu, inne rubryki również puste. Na zdjęciu dwudniowy zarost, mroczne spojrzenie, brak drugiego planu. Od początku coś nie gra, ale Jan rozpoczyna konwersację grzecznie i na poziomie. Po wymianie powitań okazuje się, że jest neurochirurgiem. Na dyżurze w podwarszawskim szpitalu. Z tonu jego pytań i odpowiedzi bije zawodowa pewność i zdecydowanie. Nie pyta o grupę krwi i elektrolity. Chce wiedzieć, czy jestem wolna. W życiu i tego wieczoru. Sam nie owija w bawełnę, otwarcie pisze, że jest żonaty, ale mu się nie układa. Zawodowo świetnie, choć służba zdrowia w fatalnej kondycji. Gdyby nie to, że nie przewidzieli z powodów deficytu budżetowego wspólnego dyżuru z anestezjologiem, to by nie siedział na portalu, tylko operował. Proponuje przejście na skype lub telefon.
     Nie wzbudza we mnie współczucia. Mogłabym jeszcze od biedy poutyskiwać nad słabą kondycją polskich szpitali, ale nie mam litości dla żonatych na portalu randkowym. Właściwie już chcę się pożegnać, ale - pal licho, myślę, może Jan chce tylko po ludzku pogadać? Przecież nie może rozmawiać z anestezjologiem. Żona zdrowa. Mimo to, odmawiam podania numeru telefonu. Trening palców u chirurga uważam za swój minimalny wkład w poprawę jakości usług medycznych w państwowej służbie zdrowia.
     Doktor, tak ja ja, lubi literaturę i historię. Dużo pali. Przez dyżury cierpi na bezsenność. Nagle...wali wprost. Proponuje mi przyjazd do Sochaczewa. Na kozetkę w dyżurce, podejrzewam. A może nawet bardziej luksusowo i higienicznie - na stół operacyjny, sala w końcu wolna. Próbuję jeszcze obrócić w żart, cokolwiek jest tutaj do uratowania, pytając, czy miałabym przyjechać na mastektomię mózgu? Bo ostatnie, co mam na myśli, to własne cycki. Doktor rozumuje w lot. Stwierdza, że mnie nie docenił, jestem inteligentną babą i ma ze mną wiele wspólnego. Przecież doskonale wiem, jaki układ mi proponuje. Tak... Moglibyśmy się ułożyć, rzekłabym, jak Arłukowicz z prezesem NFZ. Obupólny zysk, minimalne koszty. Białe rękawiczki. Oczyma wyobraźni widzę kozetkę i doktorka z jego wiertarką neurochirurgiczną. Szybkoobrotowy napęd. Mimo niewielkiego rozmiaru wydajna, o niskim poziomie hałasu. W dodatku współpracująca ze wszystkimi obrotowymi końcówkami vide anestezjolog, a właściwie jego brak. Zaciskam zęby. Dziś wyjątkowo dotkliwie czuję ciężar obowiązkowych składek na ubezpieczenie zdrowotne, mimo, że nie skorzystam. Postanawiam uświadomić Janowi pewne niezgodności ustawy z konstytucją. Piszę, że przecież żona powinna mieć pierwszeństwo w skorzystaniu z jego usług medycznych, bo ma szpital w rejonie, a on mnie tu próbuje wepchnąć poza kolejką, po znajomości. Na portalu czeka z pewnością na jego specjalistyczne świadczenia długa lista chętnych na układy pacjentek. Absolutnie nie wymagam natychmiastowej reanimacji.
     Doktor prezentował początkowo wysoki poziom kultury w rozmowie na czacie. Mniejsza o treść. Dlatego nie przeczuwam tego co nastąpi, poza brakiem ciągu dalszego znajomości. Jan traci właściwe chirurgowi opanowanie. Pisze, że zmarnowałam mu na czcze gadanie dwadzieścia minut cennego dyżuru! No tak, nie sposób się nie zgodzić, wszak mimo braku anestezjologa, właśnie by operował. Nieważne co: cycki, mózgi, cipki, śledzionę... Nie, to nie! - wykrzykuje dalej. On operuje takie moherowe cipki jak ja niemal co noc! Bez namawiania! Ma ich na pęczki!
     Wbita w fotel czuję grozę na wielu poziomach. Doktor Frankenstein! W Sochaczewie... Z braku anestezjologa grasuje po portalu randkowym. Operuje na kozetce. Zszywa i pruje co popadnie. Z refundacją z NFZ-u. Sam kwalifikuje. Boję się już pisać do Jana cokolwiek. Żegnam po angielsku chirurga cipek, człowieka orkiestrę, czując ulgę, że to nie mój rejonowy szpital. Mimo, że przydałaby się w tym przypadku procedura sterylizacyjna i mikropiła do małych kości, tylko blokuję na portalu swojego rozmówcę. Wolę mieć cipkę w całości, a już na pewno mózg. Tylko co z sercem, co nadal w formalinie?...

                                                           Dangerous Minds, 1952

czwartek, 25 września 2014

GRZESZNE MYŚLI

     Zebranie w przedszkolu. Same mamusie. Ojcowie wiedzą jak się wymiksować z dyskusji o tym, czy marchewka na obiad dwa razy w tygodniu to już przesada i jak rozmawiać z dzieckiem, żeby rano, przy odprowadzaniu, ograniczyć rejtanowskie gesty z darciem koszulek w drzwiach i leżeniem na progu. Siadam z tyłu, obok regałów z zabawkami i grami. Zasłonięta mamusią największego z grupy Ksawerego, wyciągam telefon. Przeglądam maile, potem portale społecznościowe. Zaglądam na portal randkowy, czy napisał coś wczoraj poznany Rafał. Nie napisał. Pisze za to jakiś Roman. Bez dzień dobry pyta, czy mam grzeszne myśli. Nie odpisuję. Chłopie, grzeszne myśli? O szesnastej? Na zebraniu w przedszkolu? Chowam telefon do torebki. Odchylam się na krześle. Trwa dyskusja mamuś o marchewce. Wiodę wzrokiem po półkach z grami planszowymi. O, grzybobranie. Wygibajtus - gra ruchowa. Tańczące jajeczka. Zwierzak na zwierzaku - postaw krokodyla na pingwinie, żyrafę na czubku tukana. Nawlekaj, nie czekaj - wersja mini. Zaraz pod nią - Przewlekanki oraz Pomyśl i połącz: ciało człowieka. Przerażona ciągiem nieadekwatnych skojarzeń, omiatam wzrokiem półkę z zabawkami i pluszakami. Osiołek Kłapouchy na szczęście nie ma partnerki. Za to na półce poniżej... Ken obok Barbie. Jest nagi. Hawajska koszula i szorty wciśnięte w róg. Barbie ma rozrzucone nogi, włosy w nieładzie, wzrok pusty, usta lekko rozchylone w głupawym uśmiechu. Ken beznamiętny, napawa się swoją nagością, patrzy w dal leżąc obok Barbie. Brakuje mu tylko papierosa po miłosnym akcie... Koniec zebrania. A, tak, zapłacę za podręcznik pięciolatka, ile?


ilustr. Jan Kallwejt

środa, 24 września 2014

SSANIE FUJARKI

     Huczą o tym wylewanym piwie. Wszyscy mają nazwę marki na ustach. Dane sprzedażowe wskazują, że browarnik raczej na tym nie ucierpiał. Robi się zimno, wóda mogłaby grzać lepiej. Prostacka wypowiedź wywołała kolejną dyskusję w mediach i na forach. Czy cały ten szum jest na miejscu? W ten sposób wszyscy ssiemy tę fujarkę. Nieważne czyją, browarnika czy boksera. Wokół nas jest i będzie pełno homofobów, jak zwał tak zwał. Opinia jest jak dupa, każdy ją ma, mówiąc słowami Larry'ego Flynta z filmu mojego ukochanego Formana. A już w Polsce to każda dupa naprawdę jest wyjątkowa. 
     Znam kilku homoseksualistów. Nijak nie pasują do środowisk LGBT. Nie są obleśni, nie krzyczą głośno o dyskryminacji, są wręcz przeciwni manifestowaniu dążenia do wprowadzenia w tym kraju tolerancji, na siłę, z piórkiem w dupie. Nienawidzą parad równości, bo przez nie postrzegamy ich przez pryzmat jaskrawych roznegliżowanych pajaców. Chcą żyć spokojnie i tak jak chcą. Inna sprawa, że im nie dajemy, po coś się to piwo warzy i po coś wylewa. 
     Parę lat temu w mojej pracy rozmawialiśmy o filmie "Samotny mężczyzna" Toma Forda. Dwóch moich kolegów z działu finansowego skwitowało go tak: "A to ten, o dwóch pedałach, co jeden się samochodem rozmaślił. Zdaje się, że razem z pieskiem. Nawet on mu do dymania nie został, hahaha." Dalsza dyskusja była dość burzliwa, ale zbędna. Chciałabym na takich jak oni wylać piwo, ale pracujemy razem, więc muszę je codziennie pić. Podobnie jak spijam z monitora chamskie odzywki osób publicznych, mamy wolność słowa, której wszak chcemy i z całą mocą bronimy. Ktoś mnie zaprasza na wielkie lanie piwa, inny z kolei zachęca do okazyjnego kupna przy okazji tej akcji kilku kegów za naprawdę symboliczną kwotę. A ja bym chciała, żebyśmy zaczęli patrzeć na świat oczami Toma Forda. Nie tylko na odmienną orientację seksualną, ale na samotność, wyobcowanie, chęć życia po swojemu, miłość. Żeby więcej rozumieć, czuć. Trochę subtelniej wylewać piwo, bo w kraju, w którym większość za kołnierz go nie wylewa osiągnąć można odwrotny efekt.
   

                                                 Tom Ford A Single Man

wtorek, 23 września 2014

ŻOŁNIERZYK

     Wszechświat cały czas się rozszerza. Trudno cokolwiek znaleźć. Znalezienie szlafroka zajmuje więcej czasu niż zwykle. Uwielbiam Woody'ego Allena, dlatego to cytuję. I dlatego, że mam wrażenie, że portal randkowy rozszerza się z wraz z całym wszechświatem. Znalezienie fajnego, myślącego faceta w tym miejscu z każdym dniem przypomina poszukiwanie metalu lżejszego od powietrza.
     Pisze do mnie Piotr. Lat 40. Ze Szczecina. Nie ma zdjęcia profilowego, ale może to i lepiej. Nareszcie jakaś tajemnica. Wita się - dzień doberek. No cóż... Dzień dobry. Dziwnie go moja odpowiedź rozśmiesza. W odpowiedzi dostaję hahaha. I jak mi mija popołudnie. Właściwie to już wieczór. Mnie dobrze, a jemu? Jemu też, siedzi na dyżurku, hahaha. Jeszcze niezrażona pytam, czy jest lekarzem. Nie, inżynierem lotniczym, pracuje w grupie ratowniczej na śmigłowcach. Zawodowy żołnierz po akademii, nadal robi podyplomówki, już specjalistyczne. W czasie rozmowy o naszych zawodach i wykształceniu pyta, czy chcę "żeby przestał być dla mnie w sumie duchem", mając na myśli przesłanie zdjęcia. Odpowiadam, że w sumie nie wiem, ale się z tym zmierzę. Dostaję fotkę. Bez munduru. Raczej sznura panien za sobą nie pociągnie, ale ujdzie. Wysportowany. Pisze, że lubi rowerek, oczywiście z rozwagą, basen i troszkę siłowni. Oprócz tego, że w śmigłowcu siedzi też w papierkach. Cieszy się, że po obejrzeniu zdjęcia chcę z nim klikać. Nie bywa często na portalu, tylko jak ma trochę luziku. A tak w sumie to jedzie teraz na dniach do stolicy na szkolenie. Może uda nam się wypić kawkę? Jak znajdę chwilkę?
     Nagromadzenie zdrobnień używanych przez żołnierza zaczęło mnie zastanawiać już przy tekście o dyżurku. Dalej jest niestety coraz gorzej. Na dodatek każde zdanie buduje tak: haha, potem treść, i haha, jakby hahaniem brał w cudzysłów. Kiedy uda mi się napisać do niego coś, co go szczególnie rozbawia (?) w odpowiedzi zdanie konstruuje tak: hahaha, treść, hahaha, ciąg dalszy treści i na końcu hahaha. Z wrodzoną podejrzliwością drugi raz sprawdzam profil - no napisane, że nie pali. Ale bo to wiadomo... Liście ze swojego hełmu? 
     Piszę, że możemy wypić kawę, ale zrobiło się zimno i jestem trochę przeziębiona. Doradza, że mam brać witaminki. Wtedy do weekendu się wykuruję i może uda się umówić ze mną na spacerek. On kiedyś miał taki wirus grypy, że trafił do szpitala. Zaczynam mieć natręctwo zdrobnień. Pierwszy przychodzi mi do głowy lazarecik. Piotr chciałby, żeby go oprowadzić po Warszawie. Warszawce. Piszę, że nie znam Warszawy, jestem ze Śląska. Ślązeczka - moją głowę atakują zdrobnienia. Hahaha, pewnie to tylko żarcik, hahaha, na pewno znam lepiej niż on, hahhaha. A może do kina się z nim wybiorę? - pyta. Na Miasto 44. Oczyma wyobraźni widzę jak kupuje bileciki, popcornik i po seansie zadaje mi pytanko, czy mi się podobał filmik. Kwestia guściku. Ale robi wrażonko. Piszę, że już widziałam. Poza tym czuję się podle. Łamie mnie w kościach, gardło boli tak, że jest mi niedobrze. Chcę jeszcze napisać, że napier...a mnie łeb. Bo im bardziej żołnierz zdrabnia, tym bardziej ja chcę być niezdrobniała. Nawet wulgarna. Czuję, że jak za chwilę nie wrzucę w zdanie jakiej kurwy to mogę się udusić. 
     Piotr pisze, że rozumie moje obawy o dalszy rozwój infekcji, jak się nie wykuruję, to pomacha mi przez okienko, bo szkolenie jest po sąsiedzku, uczelnia kilka ulic ode mnie, ta sama dzielnica. Odpowiadam, że to bardzo romantyczne, takie żołnierskie. Hahaha, ale okienko możesz mieć zamknięte, hahaha, od dziś już jest bardzo zimno, hahaha, w sumie powiem tobie, że musiałem mieć zapiętą kurteczkę. Hahaha. Matko święta! Nie - mateczko! Nie wytrzymam. Od zdrobnień Piotra bolą mnie ząbki. Czuję bliski zgonik. Widzę chryzantemki. Słowo k...a i inne przekleństwa rosną mi w ustach. Chcą być przelane na monitor i wplecione w jakiekolwiek zdanie, żeby zrównoważyć ciężar rozmowy. Mogłabym przecież przeprosić żołnierza post factum i wymyślić, że mam zespół Tourette'a. 
     Na szczęście Piotr pisze, że jest już późno, musi kończyć rozmowę, sprawdzi jeszcze tylko śmigłowiec i ucieka do śpiworka. Życzy mi miłego wieczorka. Pyta, czy jeśli będę jutro lub pojutrze na portalowym czacie to do niego zaklikam. No i zdrówka mi życzy, bo on chętnie tę kawkę w weekend. W myślach biorę rozpędzik. Zaklikusiam, ku...a. Życzę mu tylko dobrej nocy. 






poniedziałek, 22 września 2014

CHALLENGE

     Siatkówka. Dziś rozmawiają o niej wszyscy, nie tylko okuliści. Jadę do pracy, w tramwaju i metrze rozpostarte gazety krzyczą tylko o wczorajszym meczu. Trudno znaleźć kogokolwiek, kto nie oglądał. Mój ośmiolatek oglądał mimo późnej pory. Cały mecz zabawiał się odczytywaniem z ruchu warg przekleństw Polaków po nieudanych zagrywkach. Szło mu tak świetnie, że ja nie musiałam przeklinać. Choć mogłabym przy synu kląć po portugalsku. Nie umiem. Ale wszystko, co krzyczał Rezende byłoby odpowiednie. Tylko mój młodszy syn, z racji wieku i w nieświadomości zawału matki, w tym czasie spał.
     W pracy od wejścia dyskutujemy tylko o wygranej. Otwieram kolejne strony internetowe. Informacyjne, społecznościowe. Napawam się. Z lubością oglądam zdjęcia polskich siatkarzy. Przepraszam w myślach Antigę, za generalizację zdania o Francuzach. Mam pokusę napisania do Żorża, iż jego rodak w wywiadach stwierdza z dumą, że czuje się stuprocentowym Polakiem. I że moim zdaniem nie jest napoleonką, jest wypasiony jak wadowicka kremówka. Bo jak zwykle zaglądam również na portal randkowy. Oglądanie siatkarzy przywraca mi wiarę w to, że polscy mężczyźni bywają piękni, mądrzy, i zdolni. Odzywa się Michał. No piękne imię! Dziś na portalu bezapelacyjnie numerem jeden idą imiona Mateusz (Mika) oraz Mariusz. I kilkanaście pozostałych, do których dorzucam naturalizowanego Stefana.
     Michał, po powitaniu i krótkiej rozmowie zdradza, że wczorajszego meczu nie oglądał, bo wolał być w tym czasie w kinie. Dorzuca, że czasem jak się patrzy na mecze polskiej reprezentacji to się można tylko wnerwić. Uch, jestem przy setbolu. Dobija mnie propozycją niezobowiązującego seksu. Nie odpisuję. Mniejsza o propozycję. Nie oglądał!!! Piłka meczowa. Krótka, blok i aut. Zamykam stronę portalu. Otwieram ponownie strony z siatkarzami...
    

niedziela, 21 września 2014

TOALETA

     Od kilku dni nic innego nie robię na portalu randkowym, tylko spuszczam kolejnych absztyfikantów jak w klozecie. Pytam Sebka ciepłownika, czy u niego też taki niefart. Odpowiada, że u niego chyba jeszcze gorzej - same ździry i "materjalistki". A on szuka aniołka z pazurkami, godnego i mądrego, lepiej niech nie będzie jak jego była, bo padnie. Doradza mi, żebym raczej jak mam wolną chwilę zagrała na fejsbuku ze znajomymi w pokera onlajn. On zna klimaty na portalu randkowym, sami zboczeńcy. "Nie mówie, że ja bez sex, wow, ja kocham sex, ale po co odrazu pisać o sex i zapewne inne żeczy piszą jeszcze durnie..." Trudno mi się z Sebkiem nie zgodzić. Nomen omen ciepłownik, pociesza jak umie, lubię go.
     Zapomniałam zablokować Żorża na portalu. Odkrywam, że po naszym spotkaniu wysłał mi dwa autorskie erotyki z dedykacją. Nie mogę ich opublikować, ale żeby czytelnikowi nie było szkoda, polecam lekturę przewodnika o seksie w języku czeskim pt. "Kapesni pruvodce sex". Spuszczam w klozecie Żorża bez słowa odpowiedzi i na wszelki wypadek, żeby nie dostać kolejnej czkawki ze śmiechu po lekturze jego poezji, blokuję. Trochę się po tym fakcie czuję lepiej, jak po zmianie zawieszki do sedesu na nowe pachnące kuleczki o francusko brzmiącej nazwie.
     Przeczytałam niedawno, że w trosce o środowisko specjaliści z Komisji Europejskiej wypracowali prawne ramy dla spłukiwania wody w toalecie. Po latach badań i analiz eksperckich udało się określić tak istotne parametry jak "objętość spłukania" oraz "mniejsza ilość spłukania". Stosuję się. Czasem więc spuszczam takiego, co bez powitania pyta, czy mam chęć i za jaką kasę, od razu. Mniejszą ilością wody - po prostu blok. Choć nie mam pisuaru. Tam zużywa się według ekspertów  tylko jeden litr wody na każde spłukanie. Dla muszli klozetowych współczynnik optymalnej ilości spłukania wynosi aż pięć litrów. To wtedy, kiedy rozmówca najpierw grzecznie się wita, a potem dopiero przechodzi do sedna, pytając jakie majtki mam na sobie. Kolor i krój. Czasami muszę postąpić niezgodnie z unijną dyrektywą spuszczając dwukrotnie. Rozmówca wita się, prawi komplementy, następnie rozmowa ciągnie się tak, że mogliby ją w aptekach sprzedawać na bezsenność lub obstrukcję. Nie blokuję więc od razu, nie odpisując zużywam pięć litrów. Ale odzywa się następnego dnia, pytając już wprost, czy mam zdjęcia dróg rodnych. Cholera, dziesięć litrów.
     Tak czy siak, przesrane na tym portalu...



sobota, 20 września 2014

HUŚTAWKA

     Nieogrodzony plac zabaw. Huśtam młodszego Wojtka, lat 5, na huśtawce. Starszy, Krzyś, lat 8, huśta się obok sam. Stara solidna dwuosobowa huśtawka, taka jak za moich czasów, odmalowana tylko.  
     Podchodzi do niej chłopiec i się nam przygląda. Nie uśmiecha się, za to moi od razu zagadują. Wojtek zauważa, że chłopiec ma identyczne jak on sportowe buty. Kupiłam mu je w Portugalii. Pyta więc chłopca: - Jesteś z Warszawy, czy z Portugalii? Jak masz na imię? Chłopiec z marsem na czole pochyla głowę, nie odpowiada. Dalej tylko się przygląda. Wojtek trajkocze o butach. Chłopiec nie wytrzymuje, krzyczy:  - Nie gadajcie już, nie chcę was słuchać! Tupie trochę nawet. Na to Krzysiek, z ironią w głosie (ciekawe po kim) rzuca kultowy internetowy tekst: - Andrzeju, nie denerwuj się... Wybucham śmiechem. Rechoczemy całą trójką. Chłopiec ma nas za wariatów. Tupie, krzyczy, że mamy przestać, wreszcie odpuszcza. Podchodzi do ławki, gdzie zostawił hulajnogę i odjeżdża.
     Wojtek, patrząc na mnie moimi niebieskimi gałami, mówi z zadumą: - No i pojechał... Do Portugalii...




czwartek, 18 września 2014

FRANKOFON

     Lubię po francusku, czasem nawet gadać. Kiedy więc trafia się na randkach w sieci Francuz, postanawiam pogimnastykować trochę język. Wirtualnie, na razie wirtualnie...
     Jestem w pracy, przede mną kawa i stos dokumentów. Mam status online, więc dopada mnie ciepłownik Sebek. Przepraszam go i piszę, że jestem zajęta, przecież w pracy jestem! Sebek nie daje się zwieść. Mam pracować, a nie za "hłopami" latać. Aaa, na pewno mam "hcice" na faceta, ale to ludzkie jest, wszystko jest ze mną ok - zapewnia. Zrezygnowana przyznaję się, że właśnie mam kogoś na czacie. "On nigdy się nie wpierdziala w sytuacje, rozumie" i życzy mi miłego dnia.
     Nie mam pewności Sebka co do tego, że wszystko jest ze mną ok, ale Georges ma 41 lat i naprawdę fajne fotki. Niczego mu nie brakuje. Myślę, że nawet mógłby się trochę podzielić z kolegami na portalu. Imię nieco skompromitowane wspomnieniem hrabiego Ponimirskiego z "Kariery Nikodema Dyzmy", choć na zdjęciach nie widzę ratlerka o imieniu Brutus. Zanim odpowiadam na powitanie, dla bezpieczeństwa otwieram translatora w sąsiadującym z czatem oknie. Dawno temu, na studiach, miałam romans z pewnym Francuzem, ale jak człowiek jest taki młody, to ćwiczy język głównie w łóżku. W formie onomatopei i wykrzyknień. 
     Translator okazuje się niepotrzebny. Nie muszę również na każde zdanie po francusku inteligentnie odpowiadać - oh là là! Żorż pisze, że jest od roku w Polsce na kontrakcie w pewnej firmie telekomunikacyjnej. Trochę się polskiego nauczył. Piszemy więc do siebie mieszaniną obu języków. Rozmowa jest inna niż wszystkie moje dotychczasowe rozmowy na portalu. Nie dlatego nawet, że z cudzoziemcem. Żorż ani słowem nie nawiązuje na razie do markiza de Sade. Miła odmiana po sarmackich zapytaniach rodaków o cipę w drugim zdaniu listu. Umawiamy się na czacie wieczorem.
     Kupuję francuskie wino i delektuję się nim w komplecie z frankofonem. Uwielbia poezję, rozmawiamy o jego fascynacji Baudelaire'm, przeskakujemy na literaturę, muzykę, francuskie kino. Popisuję się przed nim swoją frankofońską pseudoerudycją, więc inny temat niż kultura francuska nie ma szans zaistnieć. Żorż zresztą też wydaje się być tym zachwycony. Zrobiłam na nim wrażenie. Przyznaje mi się, że sam pisze wiersze. Proszę, żeby coś wysłał. Dostaję dwa całkiem zgrabne utwory. Chwaląc, wyrażam obawę, że mój francuski jest jednak za mało zaawansowany, żebym należycie mogła ocenić ich kunszt. Och, to wielka szkoda, ale zaraz mi wyśle swoje autorskie tłumaczenia francuskiej poezji, bo to jego konik. Dostaję zupełnie niezrozumiały przekład wiersza Rimbaud "Statek pijany", co do którego mam podejrzenie, że może być autorstwa nie Żorża, a pijanego węgierskiego marynarza po udarze słonecznym. Kolejny przekład Żorż dedykuje mnie. Panika. Otwarty translator i wyszukiwarka. Z ulgą rozpoznaję "Ne me quitte pas" Jacques'a Brela: "My, będę ofiarować dla ciebie perła deszcza, przybysz kraja, gdzie nie deszcz pada. Nie opuścić mnie. Będę nie więcej płakać, będę nie więcej rozmawiać, ukryć mnie tutaj, patrzyć na ciebie tańczyć i śmiech. I słuchać ciebie, śpiewać i śmiech. Pozwoli mnie stać się cień twojego cienia, cień twojego ręki, cień twojego piesa..."
     Jestem rozbawiona, ale i...rozczulona. Pytam, czy naprawdę myśli o mnie słowami jednej z najpiękniejszych ballad o miłości. Podobam mu się, dawno z nikim tak nie rozmawiał. Połechtana jeszcze paroma komplementami z uroczym francuskim akcentem łykam jak gęś, cokolwiek napisze, wątroba stłuszcza mi się w błyskawicznym tempie na idealne fois gras. Umawiamy się na jutro na spotkanie w kawiarni.
     Nie mogę wysiedzieć w pracy, serce mi gra Mazurka Dąbrowskiego z refrenem Marsylianki. Marchons! Marchons! - zamiast maszerować, prawie biegnę w umówione miejsce.
     Żorż wita mnie chłodno, typowo francuskim pocałunkiem trzy razy w policzek. Wygląda jak francuski produkt narodowy brutto. Ma na sobie koszulkę z logo krokodylka, plecak z decathlonu, pachnie połączeniem francuskiej lavande z morskim uderzeniem bryzy z Pas-de-Calais. Charakterystycznie dla Francuza składa usta kiedy mówi. Prawie wcale się nie uśmiecha, a jak już, to nie jest to szeroki amerykański uśmiech, gdzie z łatwością zmieści się w poprzek całe udo fried chickena. We francuskiej gębie mieści się co najwyżej żabie udko. Mam mieszane uczucia, czuję dystans zupełnie nie pasujący do poetyckich wyznań z nocy. Jesteśmy w ogródku na Nowym Świecie, pytam więc, jak mu się podoba Warszawa. Żorż powoli i z dystynkcją cedzi każde zdanie. Ma swoją francuską teorię na każdy temat. W Polsce nie ma dobrych restauracji, muzeum narodowe to jakiś bunkier, polska kinematografia to porażka, Kieślowski bez Francji nie zrobiłby swoich najlepszych filmów, Chopin to Francuz - nazwisko przecież!, nie mamy wina, sery tylko spod pachy babci z Podhala, jak to możliwe, że cassis to czarna porzeczka, co za śmieszna nazwa, na pewno się mylę, niemożliwe żeby z tego samego powstawał w Burgundii wykwintny likier. Patrzę na niego w osłupieniu ogromnymi słowiańskimi oczami, które komplementuje porównując do najpiękniejszego na świecie lazuru, a jakże! - u wybrzeży Prowansji. Zamknięty w swoim hermetycznym francuskim świecie nie widzi, że moje oczy są zimne jak Bałtyk, myśli, że na sam jego widok posikałam się w gacie i za chwilę nazwę lepianką Zamek Królewski na Wawelu. Na koniec zdradza mi, że za miesiąc wraca do Francji, kończy mu się kontrakt. Obejrzał już Polskę, nie mógłby tu żyć nawet za dopłatą. Pyta jakby retorycznie, czy spędzę z nim ten ostatni miesiąc? Wiem tyle o Francji, jestem szczuplutka jak Francuzki i tres chic, nie nudziłby się.
     Wychodzę z osłupienia. Aha, więc to miałby być taki krótkotrwały aliancki romans. Najpierw poetyckie obietnice, że mnie nie opuścić. Potem siedziałby za linią Maginota, grając w karty w okopach, podczas kiedy moje serce wykrwawiałoby się w samotnej walce. Tyle, że w moim mózgu już podczas zamachu na oscypki rozegrał się blietzkrieg. Wyjechały kliny pancerne - jego francuska gęba wcale mi się nie podoba, uruchomiłam lotnictwo - jest powierzchownym żabojadem, przekonanym o wyższości Francji nad resztą świata, włączyłam zmotoryzowaną piechotę - niech sobie wsadzi swoje grafomańskie wierszyki i nieudolne tłumaczenia we francuską dupę.
     Wobec samego Żorża postanawiam zastosować jego narodową metodę - gilotynę. Mówię krótko - nie. Oh, pardon, jeszcze jedno - Jacques Brel był Belgiem. Żorż jest zdumiony tylko przez chwilę. Potem z grymasem płaci rachunek. Żegnamy się jak w dyplomacji.
     Jadąc do domu myślę o europejskiej i polskiej mentalności. Europa połączona jest tylko z konieczności, w rzeczywistości z Francuzami i resztą nie łączy nas żadna wspólna tożsamość. Och, Żorż, my - tu w Polsce - nie mamy wina, bo pogoda jest tylko trochę lepsza niż w Helsinkach. Ale mamy wrażliwość i duszę, bo nie rozpieszcza nas ani klimat, ani historia. Trafiłeś na Jaguś, co z dzbanem malin idzie spode lasu. Nie mam piesa, ale doskonale rozumiem poezję. Nie trzeba mi jej tłumaczyć, choć w swej prostocie nie rozkoszuję się słowem cassis tylko czarną porzeczką. Nie przetłumaczę ci Leśmiana:
          Wiedzą ciała, do kogo należą,
          Gdy po ciemku, obok siebie leżą!
          Warga - wardze, a dłoń dłoni sprzyja - 
          Noc nad nimi niechętnie przemija.

          Świat się trwali, ale tak niepewnie!...
          Drzewa szumią, ale pozadrzewnie!...
          A nad borem, nad dalekim borem
          Bóg porusza wichrem i przestworem.

          I powiada wicher do przestworu:
          "Już nie wrócę tej nocy do boru!" - 
          Bór się mroczy, a gwiazdy weń świecą,
          A nad morzem białe mewy lecą.

          Jedna mówi: "Widziałam gwiazd losy!"
          Druga mówi: "Widziałam niebiosy! - 
          Trzecia milczy - milczy, bo widziała
          Dwa po ciemku pałające ciała...




sobota, 13 września 2014

CIEPŁOWNIK

      Nie ma dziś siatkówki...Nie ma z kim pogadać, że nie ma. Fejsbuk opanowały łańcuszki. Trzeba sobie oblać łeb wodą z lodem, a potem jednym tchem wymienić dziesięć ulubionych książek. Trudno się wywinąć, kiedy w akcję włączają się nawet franciszkanie nominowani przez jezuitów. Nie wchodzę. Włączam status online na randkach. Tam też lanie wody, ale dyngus przynajmniej dobrowolny i metaforyczny.
     Sebek. Rozpoczyna grzecznie rozmowę - hej, czy możemy porozmawiać? Oglądam jego profil. Nie… To się nie dzieje… Na jednym ze zdjęć wklejony jak król w talię kart, tyle że jako as. Trefl. Tatuaże, dresy w różnych kolorach. Kolekcja dresów. W opisie jak w liście gończym  - poszukiwana kobieta, "powarznie myśląca", numer telefonu. Z caps lockiem. Oraz trawestacja z klasyka - jestem jaki jestem, nie jestem Fabio. Idąc tropem dresów, szukam jakiegokolwiek powiązania - Cannavaro, da Silva, Capello? A może jeździ Skodą? Postanawiam dopytać później, bo zamierzam z nim rozmawiać. Tak. Gadam jak najęta z dozorcami, taksówkarzami, panem Ziutkiem z dołu, co zagląda zbyt często do kieliszka. Te rozmowy wnoszą w moje życie więcej niż niejedna opublikowana na fejsie lista, zakładam, że przeczytanych książek. Odpowiadam Sebkowi na powitanie.
     Pyta, czy mam polskie imię. Potwierdzam. I dla objaśnienia piszę, że tak jak on mógłby mieć na imię również Francuz czy Włoch. A skoro piszemy obydwoje po polsku, to chyba nie ma to w ogóle znaczenia. Otóż nie. Okazuje się, że nie ma takiego jak moje imienia w Polsce. Nie oponuję. Nie ma również takiego miasta Londyn. Lądek jest. Sebek nie daje za wygraną. Dlaczego mam tak na imię? - pyta. Rozbawiona odpowiadam pytaniem, czy chce telefon do moich rodziców. Rzuca się na tę propozycję jak wilk na sarnę. Chce telefon, już, natychmiast. Wolałby do mnie, ale jeśli nie, to chociaż do rodziców. Tak, i pewnie sąsiadów, dentysty oraz dostawcy z delikatesów internetowych. Wzdycham. Proszę, żeby wyluzował, bo nie daję numeru telefonu każdemu, z kim porozmawiam dwie minuty na randkach w sieci. Sebek ma tempo jak Rafał Majka, ale luzuje. Proszę, żeby napisał coś o sobie. Otrzymuję odpowiedź - 185 cm, 75 kg, czarna karnacia (pisownia oryg.) Piszę, że żeby go poznać, niepotrzebna mi jego waga. Ok, aluzju poniał, ale myślał, że ze zdjęć nie widać. Mam pytać sama, bo nie lubi się opisywać. Nie chcę wracać do tematu imion, ale frapuje mnie Fabio. I dlaczego Sebek nim nie jest. Jest zdumiony, że nie wiem kto to. Mam wpisać w gugla - Fabio, model. I mi wyskoczy, że on nie jest taki "lovelas" jak malowany obrazek. Wpisuję, no rzeczywiście, nie jest. Oczom moim ukazują się okładki harlequinów, na których długowłosy model z materacem zamiast brzucha obejmuje półnagie kobiety. Ikona znana z reklam i kalendarzy, zagrał epizod w "Modzie na sukces" oraz paru innych filmach, których pewnie nigdy nie obejrzę. Sebek wybacza mi ignorancję krótkim - spoksik. Pytam, czy czytuje romanse. Kiedyś czytał. Dlatego jeden jego "koleszka" złośliwie go przezwał Fabio i przylgnęło. A on nie jest. Nie będzie mnie "sexował" wirtualnie. Raz, że nie wypada, dwa - nigdy nie bierze się kota w worku. Doceniam, cokolwiek Sebek ma na myśli. Ponawiam pytanie o zainteresowania i kogo szuka na portalu randkowym. Dowiaduję się, że: sport, motoryzacja, "wypady na miasto w kąkretnym towarzystwie", piłka "norzna", szuka kobiety - normalnie, do związku, stałego, jest rozwodnikiem po przejściach, zna życie, rozwiódł się, bo żona nie ma swojego zdania, we wszystkim słucha matki, mam nie pytać o teściową bo jest urażony w tym temacie, dziecko małe, bo "długo się lansowałem i tak pykło że sam zostałem." Czym się zajmuje? - SPEC Wola, wytwarzanie ciepła. Pytam, co tam robi. Siedzi na portalu i pisze ze mną, a maszyny pracują. Och, wreszcie rozumiem, ciepłownik! Proszę, żeby mi podgrzał kaloryfery, bo wrześniowe wieczory już chłodne. Tłumaczy mi, że nie może, wody do kranów pilnuje. A jeśli mu natychmiast nie podam numeru telefonu, to nie przypilnuje i będę sobie myła cipkę w zimnej. Zapowietrzam się jak kaloryfer. Po minucie mojej konsternacji, Sebek wyjaśnia, że tylko żartował. A teraz jego pytanie, czego ja oczekuję, bo zapewne poszukuję faceta, poprosi o opis - kąkret. Olaboga! Ja więcej wiem o ciepłownictwie niż o swoich oczekiwaniach wobec facetów. Chcę napisać, że przeciwieństwo Fabia, ale boję się, że wtedy Sebek zrozumie, że to on jest jak ulał, więc milczę. Na szczęście ponawia prośbę o telefon. Ciężko mu pisać takie "długie wiersze". Zapewnia mnie, że nie będzie dzwonił bez mojej zgody. Pytam, jak to rozumie, przecież dzwoniący nie widzi, czy nie przeszkadza odbiorcy. Mam wizję swojego telefonu, ustawionego stale na tryb cichy i wizję pretensji mojej matki, ustawionej na tryb głośny. Sebek uspokaja mnie, że mogę mu przecież każdorazowo powiedzieć, że przeszkadza. Przez telefon. Mam podać numer to się przekonam. Dodaje, że jest realnym facetem, nie będzie klikał bez końca. Czuję, że Sebek jest tak realny jak mój rachunek za ogrzewanie za cały sezon. Muszę jutro wstać do pracy, poza tym nie chcę, żeby pomyślał, że się waham. Piszę Sebkowi dobranoc i wyłączam czat. Idę pod prysznic. Odkręcam wodę, ufff - ciepła...
     Rano czytam 27 wiadomości pozostawionych na czacie o treści: podaj proszę numer, podaj, podaj proszę, samo proszę, płaczące emotikony, pojedynczo, parami, po trzy. Potem znowu pojedynczo. Jak będę chciała to obudzi mnie rano do pracy, ale nie ma telefonu... Sebek pisał do mnie całą nocną zmianę w ciepłowni. Następnego dnia wieczorem zaczepia mnie pytaniem: "Jak tam z moim twoim numerem telefonu?" Rozbrojona, odpowiadam, że mój telefon ma się dobrze. Tłumaczę, że nie chcę go zwodzić, jesteśmy z innych światów i takie tam różne sformułowania, których kobieta używa, kiedy nie jest zainteresowana mężczyzną, a których zainteresowany facet kompletnie nie rozumie. Sebek jest początkowo urażony, ale po namyśle nazywa mnie "nie-dla-psa-kiełbasą" i pyta, czy może czasem pisać do mnie, kiedy jest na nocnej zmianie, bo fajnie mu się rozmawiało. Od tej pory pisujemy do siebie z regularnością zmian w ciepłowni, o życiu, sezonie grzewczym, poszukiwaniu miłości wśród kaloryferów i rur na portalu randkowym.

poniedziałek, 8 września 2014

KANAPKA

     Jadę tramwajem do pracy. Naprzeciwko mnie siedzi facet, słuchawki na uszach, w ręku książka z połyskującą złotem i płomieniami okładką. Wyciąga z teczki kanapkę. Ja bez śniadania. Kanapka w sklepie. Moim chlebem dziś rano można było przybijać obrazki na ścianach. Zaczynam się kręcić na swoim siedzeniu, mój naturalny punkt widzenia pada na kanapkę współpasażera. Sałata, ogórek, strużka majonezu wypływająca z boku bułki. Po zapachu rozpoznaję - krakowska sucha. Przełykam ślinę. Facet ma tłuste odblaski w kącikach ust. Mam ślinotok, mimo abominacji do współpasażera. Zamykam oczy, choć inne zmysły nadal rejestrują krakowską. 
     Przypomniało mi się jak kiedyś, zaraz po studiach, poznałam pewnego kucharza. Nie jakiś zwykły kuchcik - szkolony za granicą, Sheraton. Po dwóch randkach w restauracjach, które uważał za szczególnie godne uwagi, jestem zachwycona. Mimo, że z wyższością objaśniał, po kiego grzyba jest na moim talerzu topinambur i dlaczego podali mi go na czymś, co prawdopodobnie w zeszłym roku zrobiło tajemnicze kręgi w zbożu w okolicach Wołomina. Na trzecią randkę zaprosił mnie do siebie. Nie zjadłam kolacji. W lodówce miał tylko ketchup i kabanosy. I resztkę Metaxy. Ale za to jak pięknie opowiadał! Po kolejnym opisie, jak przyrządza się krewetki na oliwie, pierś z kaczki w malinowym sosie, zapiekane gruszki z błękitnym serem i boczkiem, mam wrażenie, że za chwilę puszczę pawia, jak moja ulubiona bohaterka "Dziewczyn do wzięcia" po trzecim kremie sułtańskim. Metaxa, a właściwie jej resztka, nie dostarcza mojemu organizmowi nawet minimalnej zadowalającej dawki pustych kalorii. Pewnie dla wypełnienia tej pustki idę z kucharzem do łóżka. Nie posuwam się do uprawiania seksu oralnego, choć jest pokusa zabicia głodu czymkolwiek. A kucharz zdaje się być mistrzem w zaspokajaniu oralnie. Tyle, że opowieściami o zapiekanych gruszkach. Kochając się z nim, po raz pierwszy w życiu z samozachwytem stwierdzam, że mam zupełnie płaski brzuch. Chlupoczą w nim tylko dwie małe lampki ziołowej brandy. Mimo, że seks nie był jakiś rewelacyjny, mam prawie zawroty głowy. Z głodu. Kiedyś było mi jeszcze tak niedobrze po domówce u frutarian. Pyta, czy zostanę na noc. Odmawiam. Mam wizję braku śniadania albo pobiegnięcia rano, bez makijażu, do sklepu spożywczego pod jego blokiem i powrotu z siatami, żeby nakarmić kochanka jak włoska mamma. Biorę taksówkę. Moja skromna lodówka wita mnie bardziej gościnnie niż chromowany wypas kucharza. Wrzucam w siebie co popadnie, o trzeciej rano, na stojąco, w kuchni. Tłucze mi się po głowie znane przysłowie o szewcach. Nie mogę sobie przypomnieć jakie mój kucharz miał buty. Czy on w ogóle miał jakieś buty?
     Wysiadam z tramwaju. Uwalniam się od oparów krakowskiej suchej. Nieco szybciej niż zwykle docieram do sklepu z kanapkami. - Tak, poproszę jedną, z domowym schabem. Hmmm, i może jeszcze dwa pączki. Nie z różą, z budyniem. Tak, z lukrem. Oczywiście, że z lukrem. 



czwartek, 4 września 2014

PIEGŻA

Staram się nie popadać w nałóg codziennego przesiadywania na portalu randkowym, ale jak już się człowiek namęczy i wrzuci tam zdjęcia, wypełni w pocie czoła rubryki dotyczące stanu cywilnego, wzrostu, wagi, wykształcenia, bezczelnych pytań czy i ile palę, że o piciu nie wspomnę, przemyśli z wysiłkiem pozostawienie bez jakiegokolwiek opisu okienek „o mnie” i „kto mnie interesuje”, to po prostu żal tam nie zajrzeć. Nie mogę pić wina co wieczór, a poprzedniego polało się ono szerokim strumieniem jak z hydrantu przy testowaniu inżyniera - strażaka, zasiadam więc do komputera w niedzielę około południa.
Michał, a zresztą nauczona doświadczeniem nie wiem, czy nie Zdzisław. Lat 36. Pyta, jak mi mija poranek. Odpowiadam grzecznie, że dziękuję, dobrze, chętnie porozmawiam, ale najpierw jeśli pozwoli zrobię sobie kawę. Mija całe dwadzieścia minut. Kiedy wracam, czeka na mnie siedem wiadomości w duchu: czekam na ciebie;  na pewno mam słaby ekspres; w dalszym ciągu czekam na ciebie; co ja sobie myślę?; halooo! tu jestem! czekam; do cholery, ile oceanów musi przebyć kawa zanim trafi na nasz stół?; czekam i czekam… Po przeczytaniu nie daję się sprowokować.  Spokojnie, z kawą, oglądam profil. Kilka zdjęć, na każdym ktoś inny, jakieś kotki, reklamy, michałek z Wawelu. Pisze o sobie, że jest miły, spokojny i kulturalny. Mimo braku uprzedzeń już widzę, że opis stoi w bezpośrednim konflikcie z moim zamiłowaniem do kofeiny. Obraził się mój ekspres. W dokach wyładowują właśnie w pocie czoła paki z kawą. Czytam, że jest w związku, mieszka z partnerem. Mimochodem zerkam jeszcze na wskaźniki aktywności na profilu – no, no!… 
Dopiero teraz odpisuję, że wyładowali już kawę w porcie, załadowali na ciężarówki, przewieźli do magazynów, stamtąd do sklepów, dostarczyli mi do domu, zmieliłam, nie tylko to, co przez te dwadzieścia minut napisał i jestem. Czuje chyba, że był trochę niecierpliwy (alleluja!), bo nie uderza już w opieszałość plantatorów kawy, ani nie nawiązuje do niesprzyjającej owocom kawowca pogody w Jemenie, za to pisze, iż myślał, że już o nim zapomniałam. Ja pamiętam czasy bitwy pod Wiedniem, kiedy pierwszą kawę parzono w Kamieńcu, ale odpisuję, że jak mogłam go zapomnieć, kiedy nie zdążyłam nawet zapamiętać. Obraża się. Rzuca tylko – dzięki. Po minucie puszczający oczko emotikon pozornie odwraca uwagę od wewnętrznej urazy. Przewalcza ją jednak, pytając czy chcę pogadać. Najlepiej przez telefon. Przyznaję się, że obejrzałam profil i grzecznie pytam, dlaczego nie zadzwoni do żony. A zresztą, skoro mieszkają razem, to nawet cudowne wynalazki Grahama Bella mogą okazać się zbędne, w końcu Szkota - będzie taniej. Uważa to za głupie pytanie, nie polemizuję, czekam. Konwersacja w magiczny sposób zwalnia początkowe tempo. Zapał ostygł. Mnie po kofeinie, wręcz przeciwnie.
Po 5 minutach zarzucam wędkę pytaniem, dlaczego, skoro ma się za kulturalnego, nie odpowie. Wywołany do tablicy, pyta dlaczego mieszam do naszej rozmowy jego żonę. Udzielam lekcji, że żona jest w nią wmieszana jak moje mleko w kawę, jest wszak częścią jego profilu. W belferskim zapamiętaniu popełniam literówkę, zwracając się bezpośrednio do swojego rozmówcy małą literą. Szybko poprawiam i przepraszam. Och, za późno – koło młyńskie złapało już wodę. Pisze, że wytykam mu brak kultury, a sama mam problem z poprawnością językową. Czuję wzrost ciśnienia nie tylko pod wpływem kofeiny. Mam ochotę udzielić kolejnej lekcji, tym razem na temat poprawności jako zgodności z przyjętymi normami nie w życiu, a w językoznawstwie. Mam zamiar omówić wszystkie semantyczne zagadnienia słowa „żona”. We wszystkich możliwych funkcjach. Semantycznych, semiotycznych, językoznawstwie synchronicznym i diachronicznym. Nie zdążam. Michał pisze, że ma dość moich pytań o małżonkę i „komentaży”. Na poprawkę ortograficzną reaguje emotikonem i sprytnie dodaje, że mnie tylko sprawdzał. Odpowiadam, że mógł zastosować jakiś wyższy stopień trudności, powiedzmy... gżegżółka. Nie odpisuje. Nie reaguje również na inne propozycje: buhaj, nihilizm, ohyda, hipokryzja, hormon, hultaj, żenić się, ołtarz, alkierz, korzeń, narząd, mózg.  Pierzcha jak piegża.
Nie blokuję rozmówcy na portalu. Z uwagi na korelację z piegżą, małym, ruchliwym, wędrującym zbyt często poza rodzinne gniazdo ptakiem, nie jest to konieczne. Wątpię, żeby jeszcze kiedykolwiek napisał. Michał to tylko zaobrączkowany bekas, kszyk, wyjątek ortograficzny ale bardzo popularny ptak, sondujący szybkimi ruchami zielone użytki na portalu randkowym. Głównie muł, w poszukiwaniu pijawek i dżdżownic. Dopijam kawę i zamykam stronę portalu. Zakrzyknę jeszcze tylko, a może zakszyknę : o tempora, o mores!


                                                      fot. Coskun Cokbulan

środa, 3 września 2014

STRAŻAK

      Sobotni wieczór. Testuję dziś na portalu randkowym. Otwieram wino. Przy testowaniu panów, a nie samochodów popijanie wina jest dozwolone, a  jak się trafi na trudny egzemplarz, który ma oporną skrzynię biegów, czasem to warunek konieczny. Jak olej.
     Pisze do mnie Tomek, lat 39. Oglądam profil. Jedno zdjęcie, przedstawiające szczupłego blondyna. Z jego własnego opisu wynika, że niski okrągły brunet. W zainteresowaniach literatura przyrodnicza, latanie, kamping oraz Discovery Channel. Kocha zwierzęta. Jest singlem, mieszka ze współlokatorem. Ze zdumieniem rejestruję, że deklaruje otwartość w kwestii orientacji seksualnej. Mam cichą nadzieję, po przetworzeniu tych informacji, że obecnym jego współlokatorem jest choćby owca. Maciorka, nie tryk.
     Odpisuję na powitanie. On, że taki piękny sobotni wieczór, podobają mu się moje zdjęcia (pyta, czy moje, hehe), jest inżynierem. Na pytanie, kogo szuka na portalu randkowym odpowiada pytaniem, czy mam na myśli żonę. Pierwsza lampka ostrzegawcza, a jestem przy drugiej. Wina. Ale ulżyło mi trochę w kwestii maciorki. Pytam wprost, czy jest żonaty. Nie odpowiada, za to uczciwie odkrywa, że szuka przygody. Tak jakby osobista małżonka nią nie była… Piszę, że przygód to można szukać u Alfreda Szklarskiego, a na tym portalu są ludzie szukający partnera. Z założenia stanu wolnego. Nie rozumie, nie czytał przygód Tomka mimo oczywistej korelacji z imieniem. Nie rozumie również aluzji do stanu cywilnego. Mam osobistą refleksję na temat tajemniczych wypraw żonatych na portale randkowe, do Krain Łowców Głów, kangurów, na Czarny Ląd, lub w celu tropienia Yeti, ale litościwie nie ciągnę dalej tematu małżonki ani literackiego Tomka, co był w tarapatach w 1948 roku i jest jak widać do dziś. Pytam o jaką przygodę mu chodzi.
      Po krótkiej przerwie, bagatela! - kolejna lampka wina, Tomek zdradza, że szuka pani (ufff…jednak maciorka!) o niestandardowych potrzebach sexualnych (pisownia oryg.). Mimo oczywistego braku zainteresowania, wszak mam standardowe, z ciekawości i pod wpływem wina podtrzymuję konwersację. Pytam, czy na tym portalu rwie garściami. Zaniepokojony, odpowiada po dłuższej chwili, że to chyba nie jest dobre miejsce. Oponuję, że seksualizm na tym portalu i ogólnie w Polsce jest wszak wybujały, więc nie powinien mieć oporów. Tu znajdzie wszystkie niestandardowe potrzeby. Tylko pluć w garście. I rwać. Nie wie co zrobić z moim nagłym, po pytaniach o żonę, otwarciem się na przygody, czekam na reakcję kilka minut. Skromnie odpowiada, iż miał jednak nadzieję, że istnieje jeszcze jakaś inna Polska. Szybko przetwarzam, być może tylko seksoholik - gawędziarz. Dla pewności sprawdzam. Dorzucam już serio, że moim zdaniem i z prywatnych obserwacji wynika, iż erotyzm na portalach randkowych jest tak wybujały jak kołdra, która go okrywa. Mam na myśli swojską przaśną pierzynę. Wyraźnie podniecony nawiązaniem do kołdry, chyba poczuł się jak w domu, bo postanawia postawić wszystko na jedną kartę. Zapomina o marzeniach o innej Polsce. Szybko pyta, czy jestem chętna. Odpowiadam żartobliwie, że to zależy, co on ma zamiar wyciągnąć spod tej kołdry. Nie spodziewam się już raczej zrozumienia metafory ani tym bardziej nad nią refleksji. Trochę się boję. Spodziewam się wylania rzeki fantazji. „Sexualnych” i niestandardowych. Pijąc wino dla kurażu dostaję w odpowiedzi  coś tak trywialnego, że muszę iść po lód. Do wina. Bo na pewno nie w formie okładu na głowę. Dzikiego węża strażackiego. Leję wino i na głos.
     Zachęcony moją pauzą, nie może wiedzieć, że przeznaczoną na gromki rechot, pyta, czy się rozkręcam. Nie wnikam skąd ten wniosek. Rzucam tylko hahaha. W odpowiedzi dostaję hehehe, rytm i rym zachowany, znaczy - inżynier chociaż muzykalny… Z wymiany hahów wysnuwa wniosek, że jest „zabawowy”. Po wymianie kolejnych hahów dalej nie prowokuję, czekam. Kompletnie rozbrojona wężem nie pytam już, czy miał na myśli raczej ssawny czy tłoczny i o środek pianotwórczy. Ile cali, czy ma oplot zapobiegający spłaszczeniu, nakładkę z gumy syntetycznej, czy używa prądownicy czy też możemy liczyć na autopompę. Nie mam siły na odkrywanie z Tomkiem źródeł Amazonki. Ani nawet rzeki Ha!Ha! w kanadyjskiej prowincji Quebec. Po dwóch minutach, zniechęcony moim brakiem bezpośredniego nawiązania do armatury pożarniczej, nazywa mnie słoneczkiem (pluję winem), i pisze, że nie zawraca mi głowy bo ma inne priorytety.
      Po kumpelsku, bo jednak polubiłam drania za to, że mnie tak ubawił,  chcę pomóc w odnalezieniu imponderabiliów i sugeruję, żeby w następnych próbach poszukiwań przygód raczej w uczucia niźli środki gaśnicze uderzył, bo nawet potencjalnie znalezione na portalu suczki to lubią. A już najlepiej niech wraca pod kołdrę do żony. Uprzejmie dziękuje, ale jest wyraźnie stropiony określeniem „suczki”, czuje dysonans podecyzyjny, ale poznawczego już niestety nie. Pewnie z powstałego pomieszania rzuca, że dobra mineta może zdziałać cuda. Krztusząc się winem piszę, że przed minetą trzeba jakiś minimalny kit wcisnąć, a potem od minet to już się nie opędzi. Metaforyczny kit rozumie jako penetrację, polemizując, że on się spotkał z przypadkami, iż jednak mineta pierwsza. I basta!
     Mimo świetnej zabawy nie wytrzymuję, poza tym kończy mi się wino i poziom abstrakcji. Życzę mu powodzenia. Tomek dziękuje mi za miłą pogawędkę, ale mam wrażenie, że ja wyniosłam z tej rozmowy więcej niż interlokutor. Naprawdę niezwykłe spostrzeżenia o minecie zamierzam wykorzystać w kolejnych testach panów na portalu randkowym i w życiu.