czwartek, 30 października 2014

LUSTRZANKA

     Dostałam od rodziców oryginalne imię. Niektórzy mówią, że piękne. Okazało się na tyle problematyczne, że nikt w rodzinie go nie używa. Nadano mi więc nieoficjalnie inne, imię jeszcze rzadsze, ale które paradoksalnie okazało się cieplejsze, bliższe, łatwiejsze do zdrabniania i dla nich, i dla mnie. Jedno imię mam więc subtelne, wyrafinowane, a jedno swojskie jak przezwisko. Jedno dla kobiety, drugie dla dziewczynki. Całe życie funkcjonuję pod obydwoma. Jak u Bułhakowa - raz jestem osobą nieurzędową, a jutro mogę być urzędowa, i to jak! Ta dwoistość zbiegła się z datą urodzenia pod znakiem zodiakalnych Bliźniąt. Mam więc podwójną osobowość, która pozornie niespójna, jest jednak symetryczna. Ekstrawertyczna, ale bardzo skryta. Nie mówię wszystkiego, co myślę i nie zawsze robię to, co mówię. Chłodna i czysta jak źródłosłów mojego formalnego imienia i jednocześnie dwuznaczna, frywolna i nieprzejrzysta jak domowy przydomek. Przypominam lustro w mojej łazience, które kiedy w nie patrzę myjąc zęby, zachlapane jest tylko do połowy. Góra jest idealnie czysta. Dół upaprany pastą. Nadal to jednak jedno stanowiące całość lustro. Skrupulatnie myję tę brudną połówkę w poszukiwaniu jedności choć na chwilę. Na próżno.
     Lustro i ja w jego odbiciu cały czas się zmieniamy. Uwielbiam zmiany, są dla mnie przejawem wolności. Cały czas coś zmieniam, od rzeczy ważnych do drobnostek. Najtrudniej pozbywam się uczuć. Bo w tym życiowym panta rhei przywiązuję się tylko do rzeczy, które darzę szczególną miłością. I to jedno pozostaje niezmienne. Reszta jak u Heraklita. Lubię przechodzić jakby z jednego świata do drugiego, jak w "Atlasie chmur" Tykwera. Robię to szybko, nie dojrzewam do zmian latami, zmieniam wszystko, co instynktownie wydaje mi się konieczne i w danym momencie możliwe. Pośrodku tego procesu i tak jestem jak oś, niezmienna. Niech sobie wszystko wiruje wokół. Oś symetrii zupełnie niezrozumiałej dla innych. Kiedy wypowiadamy słowo zmiana, zawsze jest pokusa, żeby ją dookreślić. Na lepsze, na gorsze, druga, skórna, częściowa, hasła, czasu, nazwiska. Chyba zbyt szybko ją dopełniamy. Próbujemy nadążyć za zmianą, a ona sama za tym nie nadąża. Podobnie jak ja. Powinnam mieć na imię zmiana. Chorwacka Promjena. Piękne imię dla dziewczynki. Albo rosyjska Smiena. 




wtorek, 28 października 2014

PUENTY

     Przeglądanie profili na portalu randkowym ostatnio przypomina zabawę w "spot the difference". Po dwóch miesiącach korespondowania z panami różnej maści lub prostego odpierania ataków Hunów, chcących czym prędzej posiąść ziemię, mam wrażenie, że niewiele już jest mnie w stanie zaskoczyć. A jednak.
     Kamil, lat 36. Kilka zdjęć. Rozmarzone spojrzenie, siedzi zamyślony na skórzanej kanapie, podpiera ręką kędzierzawą głowę. Na każdym jest jakby nieobecny. Nie powinnam lekceważyć przeczucia, które już się pojawiło - Kamil wygląda jakby był w dalekiej podróży. Zaskakuje mnie wielością i barwą zdań, które formułuje zaraz po powitaniu. Mężczyźni są zazwyczaj zwięźli w rozmowie na czacie. Albo od razu zmierzają do sedna, czyli kiedy można się ze mną umówić, niektórzy dodają do tego dopełnienie w postaci "gorący seksik", najlepiej za trzy minuty, przeczesz tylko włosy i wbijaj, albo żartują niezobowiązująco, ale cokolwiek by mówić - znacząco. W pierwszym przypadku już nie reaguję, w drugim daje się czasem po prostu miło poflirtować. Kamil jest typem odmiennym. Buduje zdania wielokrotnie złożone, opisujące dokładnie jego sytuację życiową, oczekiwania, doświadczenia wyniesione z poszukiwań na portalu. Pisze całkiem mądrze, więc nasza rozmowa szybko staje się nie tylko banalnym klikaniem, a wymianą myśli. Pewnie dlatego Kamil po jakimś czasie zaczyna zdradzać o sobie rzeczy, które zaczynają przypominać literacką gradację. Podkreśla, że jest szczerym, wrażliwym, pełnym ciepła i empatii chłopakiem, który ma "oddaną" naturę, jeśli chodzi o kobiety. Szuka zaufanej Pani, którą mógłby adorować. Ale obecnie ma poważne problemy. Zaczyna je wymieniać. Pierwszym jest wypalenie zawodowe. Marzy o mało stresującej, prostej pracy, ale jak sam to nazywa zmiana jest zbyt skomplikowana. Nie komentuję na razie bo Kamil ewidentnie chce się wygadać. Kolejnym jego problemem jest depresja. Jego historia jest trudna, mimo to chciałby poznać kogoś, kto go wesprze w trudnych momentach życia. Ma chwile zwątpienia, potrzebuje bratniej duszy. Niestety żadna z dotychczas poznanych kobiet nie rozumie co go wzrusza i z jaką intensywnością. Jest taki wrażliwy... Dobija mnie informacją, że ma problemy z potencją, ale jest przekonany, że akurat ten problem przy pomocy odpowiedniej partnerki dałby się szybko rozwiązać. Próbuję się jakoś odnieść do tego, co już przeczytałam, ale Kamil kategorycznie stwierdza, że wiem o nim jeszcze zdecydowanie za mało, żebym cokolwiek mogła o nim powiedzieć. Trochę zirytowana piszę więc, że jeśli nie chce się kłaść na portalową kozetkę, dlaczego anonsuje się jako pacjent. Lepiej by było porozmawiać o operze, którą wymienia w zainteresowaniach na profilu. Kamil potwierdza i szybko wraca do tematu, w którym osadzony jest jako główny bohater. Nazywa się małym chłopcem, wrażliwym, zbyt wrażliwym na ten świat, takim Małym Księciem. A ponieważ lubi operę to chciałby być Paziem Królowej, w rajstopkach i baletkach. O jasna balerina! Myślę, że żartuje. Niestety nie... Kamil zdradza, że zaufanej kobiecie chciałby podkradać rajstopy, tylko muszą mieć dużo lycry bo on nosi rozmiar 5. To miałby być tylko mały element naszych relacji (?!) a nie ich punkt kulminacyjny (?!)... Jednym słowem chciałby się przy mnie czuć jak uczeń baletu. Jako mały chłopiec uczęszczał na zajęcia ogniska baletowego, bardzo lubił ćwiczyć i teraz pragnie powrócić do tamtych przeżyć pod okiem zaufanej Pani. Kolejny raz upewniam się, że Kamil nie żartuje. Skąd! On to wszystko na poważnie, dlaczego to ja żartuję z jego wrażliwości?... Przeprasza mnie na pięć minut, bo musi coś pilnego załatwić. Piszę, że oczywiście, zaczekam, choć w myślach marzę raczej o puencie tej rozmowy a nie o puentach w szafie Kamila. Mija pół godziny. Siedzę jeszcze przy laptopie, ale zajmuję się już zupełnie czymś innym, myśląc po dziesięciu minutach oczekiwania, że Kamil szczęśliwie dla mnie przysnął przy Czajkowskim albo poszedł zrobić coupé w swoich baletkach i o mnie zapomniał. Niestety wraca na czat z zapytaniem, czy jego skromna osoba mnie interesuje, mimo intymnych zwierzeń o rajstopach i głębokiej depresji. Bo on jest mną żywo zainteresowany i chciałby się umówić na spacer. Zakłada, że ponieważ jestem wdową, doskonale zrozumiem jego życiowe problemy, wysłucham, utulę i opowiemy sobie o swoim przygnębieniu i samotności na tym okrutnym padole. Odmawiam. Mam w myślach rysunkowy żart Mleczki, na którym leży obok siebie para. On zwraca się do niej słowami: "Wiesz, twoja depresja przy mojej jest doprawdy śmieszna". Potem przychodzi mi błyskawicznie do głowy bajka mojego dzieciństwa Motyl Emanuel i Makowa Panienka. W roli motyla on, tańczący na czubkach puent, pląsający wokół mnie z opowieścią, jakie życie jest ciężkie i przytłaczające. Piszę Kamilowi, że nie po to jestem na portalu randkowym, żeby leczyć czyjąś depresję, proponuję udanie się do psychologa. Próbuję mu jakoś zwięźle przekazać, że nie jestem osobą, której poszukuje i nie mam wcale na myśli rozmiaru rajstop. Kamil zawzięcie oponuje, nazywa mnie raz wyjątkową, wrażliwą istotą, a raz okrutną egoistką. Zdania płyną jak libretto do Jeziora Łabędziego. I nie jest to Kamila łabędzi śpiew. Ponieważ nie mam baletowego usposobienia kończę rozmowę w stylu, którego rzadko używam, ale w tym wypadku wydaje się być konieczny - blokuję Kamila z myślą o fraszce Tadeusza Fangrata: "U impotenta cudem puenta".




poniedziałek, 27 października 2014

JAJECZNICA PART 2

       Parę lat temu oglądałam cudowny benefis Olgierda Łukaszewicza zrealizowany w Teatrze Stu w Krakowie. W konwencji koleżeńskiego zjazdu absolwentów krakowskiej PWST. Mnóstwo anegdot i żartów. Dziś przypomniał mi się jeden. Łukaszewicz, grzeczny śląski chłopak, mieszkał w jednym akademiku z Wojciechem Pszoniakiem, w tamtych czasach hulaką i birbantem. Kiedy pewnego dnia Pszoniak wracał rano po suto zakrapianej imprezowej nocy do akademika, zastał Ola grzecznie smażącego sobie jajeczniczkę. Niewiele myśląc chwycił mu tę patelnię i wyrzucił przez okno, wrzeszcząc: - Olo, życie jest ważne, a nie jakaś tam ku... jajecznica!
   Idę dziś wieczorem na spotkanie z najcudowniejszymi ludźmi, jakich znam. Taki zjazd absolwentów - nieabsolwentów jednego przedsięwzięcia, które zmieniło nasze życie. Widzę ich rzadko, ale dzięki temu nikt z nas nie myśli o jajecznicy rano, pijąc najlepsze w Warszawie mojito. 



sobota, 25 października 2014

ZMIANA CZASU

      - To już dziś?
      - Tak.
      - Może... chcesz się wycofać? Ostatnio byłeś dla mnie taki... letni.
      - Nie, daj rękę. Szybko. Mamy tylko jedną godzinę...



czwartek, 23 października 2014

PROJEKTOR

     Najpiękniejszy jest zawsze początek znajomości. W mojej głowie świeżo poznany interesujący mężczyzna jest jak projektor. Prosty rzutnik nie wywołuje tylu emocji. To projektor filmowy. Zachwycona wrzucam w niego swoją bajkę. Strumień światła rozświetla ciemny pokój i nakierowuje wzrok na obraz. Nic innego nie widzę, moja uwaga skupiona jest na projekcji. Projektor szumi nawet wtedy kiedy zamknę oczy, nadal wyświetla wszystko na suficie powiek. Oglądam. Powoli zaczynam poznawać bohatera i fabułę. I nagle... zachwyt seansem zaczynają zakłócać początkowo drobne a potem coraz poważniejsze usterki. Skąd nagle asynchron? Bywa, że zacina się klisza albo obraz nie wiedzieć czemu zaczyna wyświetlać się do góry nogami. Denerwuję się, ale poprawiam, przecież nie wiem, co się wydarzy dalej. Melodramat z tragicznym zakończeniem, czy żyli długo i szczęśliwie. Projektor jednak zaczyna coraz oporniej wyświetlać moją bajkę. Spersonalizowany wyświetla swoją. Czasem jego bajka zaczyna mnie nudzić - fabuła mało porywająca, przewidywalne zakończenie, albo zbyt długie oczekiwanie na jakikolwiek zwrot akcji. Czasami zaskakuje brutalnością sekwencji scen zupełnie nie pasujących do gatunku. Nie chcę jeszcze wyłączać projektora. Żal przerwać seans i wyjść z kina przed końcem. No i może zakończenie mimo wszystko okaże się szczęśliwe. Cierpliwie próbuję dopasować swój scenariusz do scenariusza opornego projektora. Widzowie siedzący obok mnie, przyjaciele i znajomi, odradzają. Mówią, żebym po prostu przestała wierzyć w bajki. A ja nie chcę. Byłam kiedyś bohaterką jednej. W szafie wspomnień nie przypomina ona już jednej taśmy, to raczej kilkadziesiąt nostalgicznych super ósemek. Ale w każdej kasetce z 8-milimetrową taśmą pełno miłości.
     Każdy z moich przyjaciół ma inną wizję związku. Niektórzy mało romantycznie w ogóle nie używają projektora. Inni kłamią, że nie używają i rozczarowani zgadzają się na wyświetlanie sobie przed oczyma nie swojej bajki. Czasem projektor stoi gdzieś zakurzony w kącie, wszystkie bajki już zapomniane. Właściwie skoro nie wyświetla ulubionych bajek, jest zbędny, no ale wszystko się może przydać. Udajemy, że nie zawadza. Widzę takie zakurzone projektory w domach swoich koleżanek. Działające, wyświetlają tylko nudny serial. Albo co gorsza co jakiś czas wyświetla się horror albo film pornograficzny. To nie dla mnie, mówcie sobie co chcecie - ja lubię bajki. Wierzę, że istnieją takie, które idealnie współgrają z projektorem, albo jakoś naprawimy ewentualne usterki. Kiedy jednak ja i nowo poznany mężczyzna-projektor okazujemy się być z innych bajek, nie próbuję już gorączkowo sobie wytłumaczyć, że może to objazdowe kino, z projekcją na zamówienie, czynne w okresie letnim i trzeba tylko jakoś przetrwać zimę. Mam dość. Na cholerę mi byle projektor? I ile można siedzieć w kinie? Jestem typem zdecydowanie melodramatycznym. W dodatku retro - celuloidowym. Potrzebuję tylko jednego papierosa i jednej gorzkiej myśli za dużo, żeby od jego żaru spłonęło jak w "Cinema Paradiso" całe kino. 



wtorek, 21 października 2014

FILOZOF

     Rozmowa z pewnym Dariuszem na randkach w sieci. Bardzo krótka rozmowa. Jest po filozofii. Pracuje w dziale sprzedaży. To zrozumiałe. Nie chce rozmawiać o filozofii. O seksie chce. Krakowskim targiem proponuję rozmowę o filozofii seksu. Też nie chce. Chce o lizaniu "mojej dziurki". Uparcie obstaję przy filozofii i zadaję pytanie, czy według niego dziura to to, co naokoło, czy to puste w środku. Chyba zrozumiał, ale pewności nie mam, bo po trzech minutach dostaję odpowiedź, że tak pojechanej laski jeszcze na randkach w sieci nie spotkał. No... komplemenciarz! Mimo to wyłączam czat. 


                                                             Dangerous Minds via Liar Town USA


poniedziałek, 20 października 2014

OGNIKI

     Żaden z opublikowanych do tej pory tekstów nie poruszył tylu czułych strun w mojej i Czytelnika duszy, ile Motyl. Skomentowała go sama bohaterka - Masza. I anonimowy Czytelnik, zwracając się w komentarzu bezpośrednio do niej. Pięknie, wzruszająco. Do mnie odezwało się zaś wiele osób, które w opisywanym "więzieniu" odnalazło swoje. Ileż to brulionów zapisanych na brudno. Zupełnie się tego nie spodziewałam, skupiona na wydawało mi się jednostkowej historii Maszy. I ponieważ tekst był o niej, nie było tam miejsca na opis mojego więzienia. Dziś więc o nim. Ale żeby ten tekst zrozumieć, odsyłam najpierw do tekstu o motylu i komentarzy pod nim. 
     Kiedy poznałam mojego Męża, po kilku miesiącach zaryzykowałam pozostawienie lepszej pracy, przyjaciół, ulubionego miasta jakim stał się dla mnie od początku studiów Poznań. Dla ogromnej namiętności, ogników w oczach, jak u Grechuty, cytowanego w komentarzu do Motyla. Blask obcej mi Warszawy odnalazłam w blasku oczu Ukochanego. Kiedy zgasły, również i ona straciła dla mnie cały swój blask. Stała się pojedynczą celą w więzieniu. W dodatku z dwiema małymi ukochanymi kulami u nóg, dla których moje więzienie jest... ich domem. Moi synowie są u siebie, urodzili się tutaj, mają tu przyjaciół i ulubione miejsca. Nie mogę ich przeprowadzić w swoje dawne rodzinne strony i w ten sposób siebie być może uwolnić, ale ich - uwięzić. Nie mogę spalić swojego małżeńskiego, rodzinnego do niedawna mieszkania, jak Gilbert Grape i zacząć wszystko od nowa. Siedzę w nim więc owinięta wdowią pajęczyną, słuchając buczenia zepsutego kranu. Tak, wydaje taki dźwięk w środku nocy jakby jakiś statek odpływał właśnie z redy. Hydraulik mi powiedział, że musiałby rozkuć pół kuchni. Machnęłam ręką. Czuję się przez to jeszcze bardziej jak w "Kronikach portowych". Każdy z nas ma swoje więzienie, świadome, konieczne, nieuświadomione. Rozumiane nie jako miejsce, ale stan ducha. Większe miasto nie jest jakimś eldorado, do którego sprowadzimy się w kartonach i zaczniemy wieść inne, lepsze, bogatsze życie. Porównywanie ciupy w Pcimiu Dolnym do Alcatraz jest kuszące, ale się powstrzymam. Bo tu nie chodzi o wielkość miasta, ani jego piękno i stwarzane przez to możliwości. Kiedy człowiek jest odpowiedzialny za życie dzieci lub innych ludzi nie może podejmować żadnej decyzji pochopnie. Ja nie mogę uciec. Próbuję więc siedząc w swoim ogromnym, wspaniałym i dającym tyle możliwości więzieniu, ściągnąć tu do siebie jakieś towarzystwo. Ludzi, w których oczach widzę ogniki. Brakuje mi ogników w błękitnych oczach Maszy, a jej - blasku w oczach moich synów. Ogniki w oczach mojej matki są coraz starsze. Nie wystarczają mi więzienne okazjonalne widzenia, ani możliwość zatelefonowania. Ale innej możliwości czasem po prostu nie ma. Nieważne jest w jakim więzieniu siedzimy, bylebyśmy otaczali się ludźmi, którzy naszą celę rozjaśnią blaskiem swoich oczu. Może za nas wyznaczą cel. 




sobota, 18 października 2014

JAJECZNICA

     Zwykle jadąc do pracy komunikacją miejską mam na uszach słuchawki. Tym razem w ferworze walki ze skarpetkami i pudełkami śniadaniowymi synów - zapomniałam. Jadę autobusem linii, która przejeżdżając przez Muranów prowadzi aż do Wilanowa. Dzień jest senny, pochmurny i kropi deszcz. Zupełnie nie spodziewam się, że właśnie wsiadająca para, wprowadzi ożywienie w ów poranek i moją nudną podróż bez słuchawek. Dziewczyna siada na siedzeniu obok mnie, chłopak stoi przed nami. Studenci. Wnioskuję po kierunku podróży oraz stwierdzeniu obojga z westchnieniem, że dziś kolokwium. Następnie, pewnie dla rozładowania sennej ciszy w autobusie, dziewczyna zaczyna szczebiotać. Pyta chłopaka zalotnie, czy smakowała mu dziś poranna jajecznica, którą zrobiła specjalnie dla niego. Chłopak potakuje, ale chyba mało przekonująco, bo dziewczyna dodaje, że takiej jajecznicy jak ona nie robi nikt. Ona rzadko w ogóle robi cokolwiek do jedzenia facetom, a jak robi, to w dowód szczególnego uznania. Taki special event. Mogła dodać jeszcze pomidory, wtedy to już byłby kulinarny fajerwerk, ale nie miał. Wszystkie te informacje wyłuskuję ze szczebiotu jakby wystrzeliwanych serią z karabinu zdań pojedynczych, przeplatanego kokieteryjnym chichotem i retorycznym zapytaniem: co nie? Patrzę w okno, podsłuchując, ale nie zerkając na parę. W końcu to intymna rozmowa o jajecznicy. Rejestruję tylko, że chłopak nie pieje z zachwytu nad śniadaniem. Milczy. Jedziemy ulicą Mordechaja Anielewicza. Dziewczyna wznawia szczebiot. Postanawia zagaić kolejny temat rozmowy. Zastanawia się chichocząc, cóż to za głupie imię - Mordechaj. I co ono w ogóle oznacza? Cześć mordo? Tak z angielska. Trochę osłupiała gapię się na mijane właśnie za oknem Muzeum Historii Żydów Polskich. Ale w prawdziwe osłupienie wprawia mnie dopiero odpowiedź chłopaka. Nachyla się i przyciszonym tonem tłumaczy jej, że jedziemy właśnie trasą dawnych murów getta, ginęli tu niedawno tacy młodzi ludzie jak ona i on. I że nigdy to do niego specjalnie nie przemawiało, dopóki nie zobaczył "Pianisty". Dziewczyna najwyraźniej nie rozumie, co chłopak ma przez to do powiedzenia, ale już nie chichocze. Mówi tylko, że film widziała, ale co to ma do jej żartu z nazwy ulicy? Chłopak uświadamia ją, że Anielewicz to był przywódca powstania w warszawskim getcie. Aha... Ale imię to miał śmieszne, co nie? Od jakiegoś czasu otwarcie gapię się na chłopaka. Trochę go to peszy, więc odwracam się z uśmiechem z powrotem w stronę okna. Dalsza podróż przebiega przy akompaniamencie szczebiotu o pogodzie i imprezowych planach na weekend. Zerkam jeszcze ukradkiem na chłopaka, który kompletnie już nie komentuje słów swojej dziewczyny. Stoi nieco zawstydzony, wycofany w kierunku harmonijkowego przegubu autobusu. Wysiadają przy uniwersytecie. Patrzę na nich chwilę przez okno. Myślę sobie - chłopcze, nie jesteś przecież Iwanem Pawłowiczem Jajecznicą z "Ożenku" Gogola, którego nie interesuje sama panna na wydaniu, "byle tylko dodatki były w porządku". Zostaw tę jajecznicę...




środa, 15 października 2014

TANGRAM

     Czytam, że w internecie ruszyło głosowanie na nowe logo do promocji Polski. Do wyboru są trzy "sprężyny". Tak to nazwano, bo mnie na pierwszy rzut oka przypomina to bohomaz, jaki zwykle robi się na skrawku papieru w celu rozpisania opornego długopisu. Znak ma być odbiciem cechy narodowej Polaków, jakim jest twórcze napięcie. Ma pokazywać nasz potencjał i odnosić się do historii Polski, a zwłaszcza do momentów, w których nasza Ojczyzna się odradzała. Oglądam uważnie i w odtwórczym napięciu. Może mi coś umknęło, jak w trójwymiarowych obrazkach, w których nigdy niczego nie dostrzegam. Niestety. W gruncie rzeczy to nawet trochę śmieszne. Trzeba wybrać pomiędzy sprężyną, sprężynką - serpentynką i jeszcze jedną najgrubszą sprężyną. To naprawdę trudne. Boję się o internautów. 
     Na półce w pokoiku synów leży tangram. Taka chińska gra znana od trzech tysięcy lat. Zestaw zawiera pięć trójkątów różnej wielkości, kwadrat i równoległobok. Za pomocą tych elementów można ułożyć setki, jeśli nie tysiące sylwetek ludzi, zwierząt i przedmiotów. Od teraz będziemy się z synami bawić również nowym logo Polski. Dotniemy w potrzebne figury geometryczne i spróbujemy ułożyć je na podobieństwo orła. Dotniemy nawet koronę. 



wtorek, 14 października 2014

CUMULUS

     Dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym są jak cumulonimbus. Burzowa chmura odpowiedzialna za trąbę powietrzną, zgarniającą po drodze wszystkie domowe zabawki. Średnica tornada jest równa całemu metrażowi naszego małego mieszkania. Zjawisku towarzyszy gwałtowny spadek ciśnienia. U matki. Zwykle, kiedy wracamy do domu, ja po pracy, a synowie po zajęciach w szkole i przedszkolu, zastajemy na podłodze ślady tornada jeszcze z ubiegłego dnia. A kolejna trąba ma nadejść jeszcze tego wieczoru. Nie ogarniam takiego nasilenia anomalii atmosferycznych w obrębie jednej przestrzeni i w tak krótkim czasie. Moi synowie mają je natomiast, jako bezpośredni sprawcy, za absolutną normę. W tym domu tylko ja jestem łowcą burz. Przerażona zjawiskiem i w obawie przed nadejściem jeszcze silniejszego włączam meteorologiczny radar, dodatkowo stosuję zwykle symulacje numeryczne: - Proszę posprzątać wszystkie zabawki, liczę do trzech. Te, które nie zostaną posprzątane - wyrzucam, albo rozdajemy innym dzieciom. Raz... dwa... dwa i pół... Symulacja do dwóch zwykle wystarcza, ale biorąc pod uwagę ogrom zniszczeń, wszystkich szkód nigdy nie udaje się zniwelować. Wieczór jest krótki, trzeba zjeść kolację, kąpiel, no i dziś jeszcze jest mecz. Jestem matką synów. Muszę pozwolić oglądać. Jakie sprzątanie? Kiedy, no? Swoją frustrację wszechobecnym bałaganem próbuję rozładować chociaż słownie. Obydwaj jedzą kolację, popędzam już trochę - bo mecz. Starszy, zdecydowanie flegmatyk, ogląda właśnie z uwagą rękę naznaczoną ketchupem, jakby miał na niej stygmat. Zwraca się do brata. O zobacz, Wojtek, jaka fajna rana. Wojtek powtarza wszystko co ze swoich złotych ust wyrzuci jego starszy brat. Z zachwytem powtarza - lana. Krzysiek poprawia. Nie lana, rrrana. Musisz ćwiczyć, bo gadasz jak niemowlę. Ja będę mówił, a ty powtarzaj. Helikopter. Rododendron. Chwila zawahania, pewnie z braku pomysłów o wystarczająco wysokim stopniu trudności. Rozgląda się po pokoju. O! A teraz mam dla ciebie świetne słowo - rozpierpapier....


                                                           Dangerous Minds via Fake Science

poniedziałek, 13 października 2014

SZKOT

     Warszawa dziś słoneczna i pełna facetów w plisowanych kraciastych spódniczkach. Miły oku widok. Wreszcie można zobaczyć potężne owłosione męskie kolanisko, zamiast depilowanych łydek i kruchych hydraulicznych kolanek chłopaków z jakby damskimi torebkami. Szkoci też mają torebki, no ale oni nie udają przebranych. Siedzą gromadnie, wygrzewając się na słońcu w warszawskich ogródkach kawiarnianych na całej Starówce. Gdybym nie była kibicem, pomyślałabym, że właśnie gdzieś w pobliżu kręcą sequel do "Braveheart". Szkoci mają kibiców, którzy na tle innych narodów nie wyróżniają się kolorami, zwykle będącymi odbiciem barw flagi. Oni są, chodzącą po ulicach Warszawy, Szkocją. Szkocją w spódnicy. Niektórzy w strojach ultratradycyjnych - kilt, koszula, getry i koniecznie wspomniana torebka, czyli sporran. Niektórzy są w zwykłych sportowych bluzach, ale spódnica i torebka być muszą. Są jedynymi przedstawicielami jakiegoś narodu, na których widok lubieżnie zastanawiam się, czy mają na sobie bieliznę. 
     Wracając dziś z pracy stoję z kolegą na Nowym Świecie w oczekiwaniu na autobus. Oczywiście obserwujemy grupki przechodzących szkockich kibiców. Obydwoje stwierdzamy, że w naszej świadomości tak silnie zakorzeniony jest wizerunek Szkota, pochodzący z jednego oskarowego filmu, który każdy, no dosłownie każdy oglądał, że nie sposób traktować ich bez sympatii. No i przecież Ketling, sienkiewiczowska postać fikcyjna, ale równie pozytywna, waleczna i szlachetna jak William Wallace. Dalej przychodzi nam do głowy jedynie Trainspotting. W pewnym momencie podchodzi do nas trzech szkockich kibiców. Pytają, czy dojdą w tym kierunku do samej Starówki. Odpowiadamy, że tak. Są szeroko uśmiechnięci. My też się uśmiechamy, więc żartobliwym tonem pytają jeszcze, kto wygra jutrzejszy mecz. Dalej to już wiadomo. My swoje, oni swoje. Gratulują nam zwycięstwa nad Niemcami i odchodząc zapewniają, że ich drużyna będzie walczyć. My rozmawiamy z kolegą dalej. Przypomina nam się, że ze szkockich rzeczy znamy jeszcze szkocką whisky, ale jest wczesne popołudnie i nie możemy niestety drogą prostego skojarzenia dodatkowo potwierdzić naszej sympatii do tego narodu. Wsiadam do swojego autobusu. Kolega czeka na swój. Jadąc, szukam w sieci, na smartfonie, jakichś szerszych informacji o Szkocji, bo trochę mi się zrobiło głupio, że moja wiedza o tym pięknym kraju ogranicza się do dwóch filmów, kolegi Wołodyjowskiego i alkoholu. Uwagę moją przykuwa botaniczna ciekawostka. Kwiatowym symbolem Szkocji jest oset, znajduje się w herbie, na znaczkach, monetach i ozdabia te ich torebki. My jednak w Polsce nazywamy ten gatunek: popłoch pospolity. Ale z szacunku i sympatii do Szkotów ich najwyższe odznaczenie nazywamy Orderem nie popłochu, a Ostu i przyjęliśmy świadomie błędne nazewnictwo, uznając pospolity popłoch za niefortunne. Ja wolałabym, żeby jutro na Stadionie Narodowym zamiast ostu ich symbolem był jednak popłoch. 




niedziela, 12 października 2014

MOTYL

     Mam dwie starsze siostry. Jesteśmy zupełnie jak te trzy z Czechowa. Każda inna, również fizycznie, ale wychowane we wspólnym domu jednak bardzo do siebie podobne. Każda z nas wybrała inna drogę w życiu. Mnie jednak, jako najmłodszą u Czechowa, Irinę, wiąże specyficzna, bardzo silna więź ze średnią siostrą. Nazwę ją Maszą. Mieszkamy w różnych miastach. Dzieli nas od siebie czterysta kilometrów. Właściwie rozumiemy się bez słów, ale żeby to stwierdzić dzwonimy do siebie często i rozmawiamy godzinami. Na szczęście wystarcza mi do tego pierdylion minut otrzymany w abonamencie od operatora mojej sieci komórkowej. Masza mieszka nadal w naszych rodzinnych stronach. Wychowałyśmy się w górniczym śląskim mieście, nie jest to jednak typowe zagłębie, to samo południe Polski, przy granicy z Czechami. Tym niemniej miasto-sypialnia, same bloki i ciasno poupychani w nich górnicy. Pomiędzy nich wetknięci jak rodzynki w zakalec pracownicy usług i wolne zawody. Każdy o trochę szerszych horyzontach myślowych i większych ambicjach stamtąd po prostu ucieka. Pozostała tylko nieliczna garstka światłych i wrażliwych ludzi, którzy z różnych życiowych i ekonomicznych względów uciec nie mogli, albo brakło im na to odwagi, albo nie mieli pomysłu dokąd. Każdy z nich ma na to swoje wytłumaczenie. Wśród nich moja Masza.
     Jako jedyna z trzech sióstr mieszka z moimi rodzicami, którzy lata temu, kiedy już wszystkie byłyśmy dorosłe, z górniczego miasta uciekli. Przenieśli się niedaleko, ale w piękne tereny Pogórza Śląskiego, niedaleko Podbeskidzia. Masza mieszka więc w otoczeniu lasów a pracuje nadal w betonie blokowiska. Codziennie dojeżdża samochodem kilkanaście kilometrów, bo musi. Ma artystyczne wykształcenie, ale zawód, mimo, że z nim związany, dopasowany do lokalnych warunków. I zupełnie do nich niedopasowaną wrażliwość.
     Dziś, w piękny jesienny dzień, opowiedziała mi przez telefon historię. Wsiadając do samochodu zamknęła w jego wnętrzu motyla. Spostrzegła go dopiero w drodze do górniczego miasta-sypialni. Przystanęła więc, jeszcze w otoczeniu lasów i stawów, i otworzyła mu okno. Motyl się zaparł. Kompletnie zignorował okno otwarte na wolność. Nijak go było wyrzucić siłą, bo jak tu go dotknąć? Po co mu wolność, skoro stłamszony ludzką ręką nie mógłby przeżyć? Motyl mimo wielu słownych zachęt ze strony Maszy, z wulgaryzmami na końcu włącznie (istny Czechow), postanowił ostatecznie pojechać z nią dalej. Kiedy wysiadała u celu podróży, w centrum śmierdzącego miasta, w mroku podziemnego parkingu, motyl zdecydował, że tutaj również kończy się i jego podróż. Wyfrunął przez uchylone drzwi od strony kierowcy. Masza, będąc z natury refleksyjną, w jakiś sobie tylko wiadomy sposób powiązała to ze swoim życiem. I postanowiła mi to opowiedzieć. Motyl okazał się nieświadomym tego, że resztę życia spędzi w górniczym smrodzie głupcem. Jego krótkie, jednodniowe lub góra kilkudniowe życie rozegra się w otoczeniu całkowicie mu nieprzyjaznym. A jednak. Sam wybrał. Ona, Masza, jest mimo świadomości nieporównywalnej do owada, równie "głupia". Tkwi w miejscu, którego szczerze nie cierpi od wielu lat, ale wybrała za nią życiowa i ekonomiczna konieczność. I tak jak wybór motyla jest tragicznie przypadkowy, jej jest świadomy, ale równie tragiczny.
     I co tu ukochanej siostrze powiedzieć? Od lat chcę ją przewieźć samochodem jak kolorowego pięknego motyla w jakieś inne, lepsze miejsce. Albo chociaż namówić, żeby szukała po drodze dróg ucieczki. Ale i ona i ja doskonale rozumiemy słowa Wierszynina, kochanka Maszy z "Trzech sióstr" Czechowa : "Co by było, gdyby można było życie zacząć od nowa, do tego z pełną świadomością? Gdyby to życie, już przeżyte, było brulionem, jak to się mówi: "na brudno", a to drugie: na czysto! Wtedy każdy z nas, myślę, starałby się przede wszystkim się nie powtarzać, stworzyłby sobie przynajmniej inne otoczenie...". 


                                                              Waldemar Strempler

sobota, 11 października 2014

WESELE

     Twitter jest jedynym z portali społecznościowych, który przypomina imprezę. Na innych portalach siedzę trochę jak w teatrze - nawet jeśli przedstawienie jest improwizowane i z czynnym udziałem publiczności, to nadal jest nierównowaga i głównie oglądam. Poza tym znam i aktorów i siedzących obok widzów. Zupełnie inaczej jest na twitterze. 
     Na początku wydaje mi się, że to impreza, będąca połączeniem eleganckiego przyjęcia ze swojską domówką. Wchodzę na nią i w pierwszej chwili nieśmiało odkurzam kąty. Obserwuję. Nikogo nie znam. Nie chcę oglądać rozpoznawalnych z daleka bywalców, celebrytów, bo nie lubię. Przyszłam się napić z podobnym mi pospólstwem, bez urazy - bo cenię i lubię. Podchodzę według sobie tylko znanego klucza do jednej z grup i otwarcie poszerzam swój osobisty krąg o kolejne. Początkowo przeraża mnie trochę wielość poruszanych tematów, czasem ich powierzchowność, natłok myśli i sądów, które podzielam, bądź też krytykuję. Rozprasza gwar rozmów i ich tempo. Jak na każdej imprezie są tutaj mówcy i słuchacze. Anegdociarze i ci, którzy wybuchają śmiechem. Grupki zaprzyjaźnionych, pijących ze sobą od dawna. Wraz z rozwojem imprezy dociera do mnie, że mogę się przyłączyć do każdej z tych grup. Mogę podejść wytwornie z kieliszkiem do jednej osoby lub zacząć wychylać jedną setkę za drugą w grupie już rozbawionych. Sporo się tu mówi o polityce i aktualnościach. Ty decydujesz, czy warto wtrącić swoje trzy grosze, czy też lepiej popierdaszyć o codziennym życiu i głupotach. Bywa, że łapię z kimś kontakt od razu i staje się intymnie, dzielimy się przyciszonym tonem refleksjami natury osobistej gdzieś w kącie sali lub wychodzimy na zewnątrz i zaczynamy rozmawiać prywatnym komunikatorem. Można spędzić z kimś noc. Twitter to nieustanna wymiana myśli, interakcja, po prostu - podchodzisz i zagadujesz. Dalej leci sobie tylko znanym rytmem. Na dodatek nigdy nie wiem, czy to już schyłek konwersacji, czy raczej suspens przed dalszą fascynującą dyskusją. Nie można lecieć Beniowskim, całym poematem dygresyjnym, bo liter do dyspozycji jest tyle co w aptece. Dzięki temu nie ma przydługich tyrad, nikt tam nie wstępuje na mównicę lub ambonę. Ciągniesz wątek, który cię interesuje, a kiedy impreza cię znudzi, albo musisz wcześnie rano wstać do pracy, elegancko się żegnasz lub wychodzisz po angielsku. Wraz z rozwojem imprezy coraz bardziej się oswajam, piję bruderszaft z coraz większą liczbą osób. Rozluźniam się, choć nadal mam znikomą wiedzę o współbiesiadnikach. Otrzymuję komplementy i ciepłe słowa od osób zupełnie nieznajomych, albo ktoś mi wsadzi szpilę, mimo, że zupełnie mnie nie zna, ale już ocenił! Ignoruję delikwenta i omijam, jak pijanego, który próbuje niefrasobliwie rozwalić imprezę w braku poczucia, że już przesadził. Co roztropniejsi zamawiają mu czym prędzej taksówkę i postanawiają nigdy już nie zaprosić na bankiet ponownie. Impreza trwa nadal. Robi się coraz bardziej swojsko i przyjemnie. Rozsiadam się na kanapie i wznoszę kolejne toasty lub polemizuję. I tak... każdego dnia! Bo cała impreza, żeby nie dopuścić do kaca, rozkręca się od następnego ranka. Niektórzy śpią po poprzednim wieczorze, niektórzy nadal balują. Są i poranne skowronki, które rozsądnie poszły spać jeszcze w trakcie imprezy i witają się świeżo, wchodząc ponownie na balową salę.              
     Po jakimś czasie stwierdzam jednak, że twitter to nie codzienny luźny bankiet. To prawdziwe wesele. Jak u Wyspiańskiego. Z poprawinami. Bez końca. Ma swoje akty realistyczne, symboliczne, wizyjne, romantyczne i humorystyczne. Z szopkową kompozycją - postacie wychodzą na deski, wypowiadają swoje kwestie i opuszczają scenę. Mamy tu wszystkich występujących u Wyspiańskiego bohaterów. Gospodarz z Gospodynią, Pan Młody z Panną Młodą, Poeta, Dziennikarz, Radczyni, Czepiec, Haneczka, Rachela, Żyd i Nos. Jest i parę postaci symbolicznych: Chochoł, Stańczyk, Widmo, Rycerz i Wernyhora. I pełno tu cytatów:
      - Cóż tam panie w polityce?;
     - Świętości nie szargać, bo trza, żeby święte były;
     - Chopin gdyby jeszcze żył, toby pił;
     - Co się w duszy komu gra, co kto widzi w swoich snach;
     - Cóż ta gosposiu na roli?;
     - Ja muzykę zacznę sam, tęgo gram, tęgo gram;
     - Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna;
     - Chłop (sport) potęgą jest i basta!;
     - Kto mnie wołał? Czego chciał?;
     - Miałeś chamie złoty róg;
     - Wyście sobie, a my sobie, każden sobie rzepkę skrobie;
     - A to Polska właśnie...
     I nawet jeśli pijąc wino, samotnie w sobotni wieczór, po meczu Polska - Niemcy, nie umiem już wymówić słowa Gibraltar, to napisać je na twitterze mogę, edytując. Mogę nie umieć tańczyć, ale jestem na weselu. 




piątek, 10 października 2014

MOSUO

     Oglądałam niedawno "Kobietę na krańcu świata" Martyny Wojciechowskiej. Odcinek o społeczeństwie zamieszkującym południowe Chiny, grupie etnicznej, w której nie ma mężów ani ojców. Kobiety Mosuo, zamiast monogamicznych małżeństw i wszelkich z tym związanych zobowiązań, mają do dyspozycji luźne związki nazywane "małżeństwem chodzonym". Zarówno mężczyzna, jak i kobieta na stałe mieszkają osobno, para nie jest ze sobą związana żadnymi więzami natury ekonomicznej. Mężczyzna, zaakceptowany przez kobietę, odwiedza ją tylko w nocy. W tajemnicy, pod osłoną obszernego kapelusza. Rano wraca do swojego domu. Dzieci, które powstają z takiego związku są dziećmi kobiety, wychowuje je jej rodzina. Siostry, bracia, matka i inni jej członkowie. Bracia kobiet wykonują najcięższe prace fizyczne w domu i wychowują... dzieci swoich sióstr. Wszystkie dzieci w obrębie klanu są "wspólne", nie ma znaczenia czyim potomkiem jest dziecko, bo wszystkie wychowywane są w jednakowy sposób. Jeśli kochankowie postanawiają się rozstać nie ma to żadnego wpływu na sytuację tejże rodziny. Kobiety nie należą do mężczyzn, mężczyźni do kobiet. Co ciekawe, jakby mogło być jeszcze bardziej ciekawie, obie strony mogą być w kliku związkach jednocześnie. Ale mimo tego kulturowo przyjętego za normę modelu, który w innych społeczeństwach uchodzi za przejaw rozwiązłości seksualnej, erotycznego raju niemalże, członkowie społeczności Mosuo w ogóle nie są rozwiąźli. W tym systemie zupełnie nie chodzi o wolną miłość. Mosuo w większości podtrzymują długotrwałe związki z jednym partnerem. Bo przy braku zobowiązań materialnych i odpowiedzialności za wychowywanie dzieci ich związek opiera się na romantycznym uczuciu i atrakcyjności. Miłość jest jedynym spoiwem, jedyną motywacją w doborze partnera. W dodatku w takim "małżeństwie" nie ma zdrad, rozwodów ani spraw sądowych o alimenty. Można odejść kiedy się chce, kiedy miłość wygasła. Relacje pomiędzy mężczyzną a kobietą są dzięki temu czyste i pozbawione konfliktów, jakie występują w modelu rodziny na wzór zachodni.
     Po obejrzeniu programu myślę sobie, cholera, to model społeczeństwa idealny dla mnie. Nie szukam męża i "ojca" dla swoich dzieci ani na portalu randkowym, ani poza nim. Szukam romantycznej miłości, opartej na wzajemnym podziwie dla atrakcyjności fizycznej i intelektu. I niczego poza tym. Lubię mieszkać sama, tylko z dziećmi. Ostatnia rzecz, którą chcę uraczyć moje dzieci to znaleziony na portalu "wujek", którego po jakimś czasie zastępuje kolejny. Doskonale sobie radzę przy pomocy matki, swoich sióstr i siostrzeńców, których "wychowuję" od rozwodu siostry, a którzy teraz jako dorośli mężczyźni pomagają mi w cięższych pracach domowych i wychowaniu moich synów w zastępstwie męża. Dawny model mojej czteroosobowej rodziny jest kompletnie nieaktualny i nie do zastąpienia jakimkolwiek innym. Te same odczucia mają moje rozwiedzione koleżanki. Stworzenie patchworku w postaci ja i moje dzieci oraz on i jego dzieci jest obciążone ogromnym ryzykiem, zwłaszcza w kontekście uczuć dzieci. Miłość przemija. Czasem. Co z dziećmi, których zakochanie w "wujku" nie zgra się z moim odkochaniem? No i te podziały kolejnych zgromadzonych wspólnie materialnych dóbr, które sprawiają, że ludzie zamiast rozstać się z klasą, zaczynają się nienawidzić i wyłażą z nich najgorsze z możliwych cechy. O matko, ja jestem skazana na krypto - Mosuo... tylko który facet to zrozumie inaczej niż pragnienie zaspokojenia tylko potrzeb seksualnych? Nawet bardzo inteligentny i wrażliwy facet? Pragnę utopii. To jest możliwe tylko u podnóża Himalajów.


                                                      Henri Rousseau Sen (1910)

czwartek, 9 października 2014

WĘGIER

     Księżyc ma dziś dwa policzki i błyszczące oczy w makijażu smokey eyes. Nie wchodzę dziś na żadne portale, a już na pewno na portal randkowy po wczorajszej rozmowie z pewnym Adamem. Pisał tak niegramatycznie, że nie sposób było wyłapać z jego zdań jakikolwiek sens. Czytam "Dziedzictwo Estery" Sandora Marai.
     "Nic nie przychodzi w porę; świat nie daje nam niczego, gdy jesteśmy na to przygotowani. Długo nas boli ten brak ładu, to opóźnienie. Myślimy, że ktoś bawi się nami. Ale pewnego dnia spostrzegamy, że we wszystkim był cudowny ład i porządek... dwoje ludzi nie może się spotkać ani o jeden dzień wcześniej niźli wtedy, gdy dojrzeli do tego spotkania. Dojrzeli nie swoimi skłonnościami lub zachciankami, ale wewnętrznie, na rozkaz jakichś niemożliwych do zidentyfikowania praw astronomicznych, tak jak ciała niebieskie spotykają się w nieskończonej przestrzeni i czasie, z subtelną precyzją, w tej sekundzie, która - pośród miliardów lat i nieskończonych przestrzeni - należy właśnie do nich."
     Sandor, och Sandor... Muszę to wkleić Adamowi na portalowy czat. Bez przekładu.





środa, 8 października 2014

CHOMIK

     Wspomnienie z sierpnia tego roku, byłam wtedy nuworyszem na randkach w sieci, nie wiedziałam czego oczekiwać. Dziś śmiało mogę powiedzieć, że portal randkowy to miejsce, które ma swoją etykietę i nie ma ona nic wspólnego z ogólnie przyjętymi zasadami savoir-vivre'u. 
     Bartek, lat 40. Oszczędny w formie profil, zdjęcia rzeczywiste, jak na swój wiek atrakcyjny facet. Okolice Warszawy. Jak się okaże ma to niebagatelne znaczenie. Wymiana korespondencji będzie przebiegać w odstępach jedno zdanie na kilka dni, tak jakby nie korzystał z internetu, tylko wysyłał je chomikiem pocztowym, bo nawet gołąb byłby szybszy. Kiedy już nie spodziewam się odpowiedzi, zdyszany przebiegnięciem maratonu chomik dociera do moich drzwi. Bartek mnie wita i po wymianie dwóch zdań bez słowa znika z czatu. Czekam, bo może stracił połączenie z siecią, na klawiaturę upadł mu jedzony w tym czasie grejpfrut, albo ma dolegliwości gastryczne. Po pół godzinie macham na to ręką i wyłączam czat. Zaczyna się mecz o Superpuchar Europy. Następnego dnia chomik przynosi mi wiadomość. Bartek bardzo mnie przeprasza za brak odpowiedzi, ale poprzedniego wieczoru był mecz, a dla niego to święto. Właściwie nie chce mi się odpisywać, bo to żadne wytłumaczenie. Mógł napisać, że zamierza oglądać mecz i grzecznie się pożegnać. Sama oglądałam wczorajszy. Odpisuję chyba tylko dlatego, że Bartek jest fanem Realu Madryt. Mam słabość do "królewskich", nie wspominając o odwiecznej słabości do aparycji Mourinho, ale było minęło. Ancelotti, którego pamiętam jako zawodnika strasznie mnie jednak postarza. To tylko dygresja, bo nie dla aparycji piłkarzy ani trenerów od dziecka oglądam mecze. Rozmawiamy więc z Bartkiem chwilę o futbolu, po czym mój rozmówca... znowu znika. No cholera. Mam ochotę wściec się jak Mourinho. Bartek kompletnie nie zaistniał w mojej świadomości, ale swoimi manierami zdecydowanie zasłużył na czerwoną kartkę. Na dodatek jakby nigdy nic wysyła do mnie chomika po dwóch dniach. Pisze, że chętnie by się ze mną umówił pogadać o futbolu przy kawie. Najwyraźniej nasz miłośnik królewskich z Madrytu nijak się ma do Ancelottiego i zastosowania ustawienia 4 - 1 - 2 - 1 - 2 (czterech obrońców, jeden defensywny pomocnik, dwóch pomocników, dwóch napastników, za nimi jeden bardzo ofensywnie usposobiony gracz). Bartek nie stosuje taktyki, w której w ten sposób w ofensywie może uczestniczyć nawet siedmiu zawodników. Liczy na to, że jest tak  świetnym trenerem, że zdąży wprowadzić zmiany przed końcem meczu. Dla mnie jednak jest dawno po końcowym gwizdku. Mogłabym mu to napisać, ale przemyśliwuję kondycję chomika. Żal mi futrzaka, mógłby zdechnąć gdzieś po drodze z Lewandowa. Do niego przywiązałam się w myślach bardziej niż do Bartka, który podziwia Hiszpanów, a rozgrywa jak polska reprezentacja. Nie piszę nic. Choć może by gdzie zgłosić mojego rozmówcę do towarzystwa opieki nad zwierzętami gdyby wysłał chomika... zaraz, zaraz, ile to już będzie? Po trzech dniach. 





wtorek, 7 października 2014

MALARZ

     Ciężka noc. Mój starszy syn ma czterdziestostopniową gorączkę. Leży obok i śpi po ibuprofenie, ale ja nie mogę. Czekam z termometrem, aż temperatura spadnie. Co by tu w tym czasie... Książka odpada, lampka świeci zbyt mocno. Pozostaje tylko laptop z podświetlaną klawiaturą. Wchodzę na portal randkowy, tam zawsze pełno nocnych marków.
     Napisało ich trochę od ostatniej mojej bytności na portalu. Tylko jeden jest online. Robert. Lat 45. Profil ze zdjęciem Toma Waitsa. Nawiązuję rozmowę. Od razu jest niekonwencjonalnie. Żadnych pytań w sensie "co porabiasz?" ani kogo szukam na portalu. Raczej słowny ping-pong, złożony z żartów i skojarzeń, choć nie bez informacji o rozmówcy. Jest po malarstwie na Akademii Sztuk Pięknych. Nie zrobił  kariery po końcowej wystawie, bo w czasach kiedy kończył studia, marketing vide Sasnal był nieosiągalny. A zresztą, zawsze szedł pod prąd, nigdy nie malował obrazów w deseń pasujący do minimalistycznej kanapy. Zajmuje się dziś scenografią, bardziej to jednak praca fizyczna niż twórczy akt. Młotek, dłuto, gwóźdź, belki i brzeszczoty. To, co teraz robi jest według niego prawdziwe, podobnie jak muzyka, której słucha. Dostaję link do pierwszego z utworów. Ooo, Dead Kennedy's. Zaczynam rozumieć estetykę Roberta. Jeszcze bardziej, kiedy dostaję link do Sex Pistols. Piszę, że z założeń ideologicznych już wyrosłam, ale nadal lubię klasykę punk rocka. Żartobliwie stwierdza, że na swoich profilowych zdjęciach nie wyglądam na Nancy Spungen. Traktuję to jako wyjątkowy komplement. Nancy była koszmarna. Lubię makijaż, nie obejdę się bez tuszu do rzęs, jednak nie do tego stopnia, żeby wyglądać jak górnik dołowy po skończonej zmianie. Z ciekawości proszę Roberta o jego zdjęcie. Dostaję fotkę... Sida Viciousa. No tak. Punk's not dead. Teraz i na wieki. Elvis i Morrison też żyją. Robert chciałby mieć charyzmę Sida, bo może wygląda jak Proudhon, ojciec anarchizmu. Nomen omen ojciec. Macham ręką, Proudhon, Waits czy Vicious, z trojga złego żadna różnica. Rozmawia się z nim fajnie, a ja i tak nie mogę iść spać, gadamy dalej. Robert jest fanem tatuaży. Rysuje wzór, a potem każe sobie malowidło wiernie odwzorować na ciele. Pytam, ile tego ma. Niedużo, tylko ręce i ramiona. Chodzi nie tylko o punkowy manifest, raczej o to, że swój proces twórczy przenosi zawsze na coś innego niż blejtram. Rozmowa, moja i Roberta, o sztuce, anarchii, punk rocku, plakatach Lenicy, starociach wyszukiwanych na pchlich targach, jest przeplatana wysyłaniem sobie kolejnych linków do muzyki. Ja przeplatam ją jeszcze macaniem syna po rozpalonym czole. Gorączka mu spadła, śpi spokojnie, za to ja mam wypieki na policzkach. Robert to oryginał, towar niezwykle rzadki na portalu randkowym. Od dawna nie prowadziłam z nikim tutaj tak ciekawej rozmowy. Choć pasujemy do siebie jak pięść do nosa. Mam w szafie ukochane martensy, lubię Ramones i The Clash, ale żadna ze mnie punkówa. I nie znoszę tatuaży. 
     Jest późno, noc zbliża się do świtu. Robert sugeruje pójście spać. Dziękujemy sobie za miło przegadaną noc. Na pożegnanie dostaję w łeb jak gryfem gitary Johnny'ego Ramone. Robert pisze, że raczej się już do mnie nie odezwie. Bardzo mnie przeprasza. Jestem dla niego zbyt grzeczna, żeby nie rzec... zwyczajna. Tłumaczy, że każdy na tym portalu szuka według swego rodzaju. No cóż, myślę, Robert pewnie szuka tu modelek Egona Schiele, albo "prawdziwych" punk-wampów w stylu Nancy. Piszę, że doskonale to rozumiem. Żegnamy się. 
     Trochę jeszcze rozmyślam, rzeczywiście, w oczach Roberta muszę być ordynarnie pospolita. No jak nie, jak tak. Ale jakoś tego... nie żałuję. Włączam sobie na słuchawkach Melody Gardot. Leci "Your heart is as black as night". 

https://www.youtube.com/watch?v=Kmc1XN3iVVc



poniedziałek, 6 października 2014

KANT

     W moim studenckim indeksie w rubryce "filozofia" widnieje piękna dorodna trója. Nie było łatwo zdać ten egzamin u Pani Profesor, w małym wydziałowym pokoiku, wypełnionym aż do zawieszenia siekiery oparami papierosów Caro. Nie z tego względu jednak. Pani Profesor zmuszała do samodzielnej analizy, prowokowała do refleksji, w czasach, w których nie mieliśmy dostępu do internetu i gotowych opracowań z sieci. Trzeba było udać się do biblioteki, odsiedzieć swoje w czytelni, albo pożyczyć jedyny na cały wydział egzemplarz dzieła z obietnicą oddania za godzinę, udać się do punktu ksero i za równowartość kilku piw w studenckiej knajpie stać się posiadaczem wyjściowej do wspomnianych filozoficznych refleksji. Ja zainwestowałam w Kanta. Moi koledzy w pozostałych filozofów i tak, wymieniając się, kolektywnie, choć jednostkowo z rożnym skutkiem, próbowaliśmy zaliczyć ten przedmiot na studiach. Palących Pani Profesor częstowała Caro, jednakowoż nie miało to żadnego wpływu na ocenę z egzaminu. Kant, Immanuel, wraz z tym wspomnieniem pozostał ze mną do dziś. I pojęcie czasu.
     W fizyce czas jest wielkością niezależną od innych, ma taki sam rytm we wszechświecie. Jeśli zaś spojrzymy na niego relatywnie, jego upływ jest zależny od obserwatora. Kant musiał być bardzo zmysłowym człowiekiem. Traktował czas jako wyobrażenie konieczne, ale stające się niczym, wobec pojmowania tego wyobrażenia niezależnie od postrzegania zmysłowego, doświadczalnego. Nie możemy więc sobie wyobrazić, że czas nie istnieje. Skoro jest formą naszego doświadczenia, to żadne zjawisko nie może być nam dane poza nim. Czas przywiązany jest nie do samych zjawisk czy przedmiotów, lecz do podmiotu, który je ogląda. Nie należy do świata rzeczy, lecz do świata zmysłów. No i jak to zrozumieć? Żeby nie zwariować, najlepiej jest przyjąć, że czas po prostu nie ma znaczenia. Bo jak coś, mierzone jednakową miarą, a co doświadczalnie tak bardzo się od siebie różni, może mieć znaczenie? Noc spędzona z kochankiem aż do różowego świtu i jedna godzina z dzieckiem na ostrym dyżurze w oczekiwaniu na szycie brody, nie trwają tyle samo. Zdecydowanie jednak na niekorzyść brody. Czas jest dla każdego inny. I choćby mi się wydawało, że w przeważającej części moje życie jest szare i puste jak ołowiana rura, nędzne jak niedojedzona kanapka z pasztetem, to to, jakie życie jest, jest uzależnione od mojego spojrzenia. Może być marne lub cudowne, długie lub krótkie. Życie innych ludzi również. 
     Zerkam na zegarek. Za chwilę północ, powinnam iść spać, muszę jutro wcześnie wstać do pracy. Sorry, Immanuel, but I Kant.


Antonio Mora Time skin 


niedziela, 5 października 2014

WYCIOR

     Mój starszy syn ćwiczy dziś od rana grę na drewnianym flecie. Ma obowiązkowe lekcje gry w szkole w ramach kształcenia zintegrowanego. Dziś wyjątkowo silnie odczuwam ciężar mojej integracji z edukacją szkolną syna. Mamo, co to jest ta pałeczka dołączona do fletu? To wycior, synu. Obydwaj moi synowie najpierw rechoczą z tej nazwy, a potem zaczynają się wyzywać od wyciorów. Nie przestają w tym czasie grać na flecie, wyrywając go sobie z rąk. To nie jest gra, to naprawdę bardzo wczesny Bach. Koncerty Brandenburskie. I podobnie jak Bach zmierzają do polifonizacji - kiedy jeden duje we flet, drugi wyzywa go w rytmie od wyciorów. Zaczynam dostawać jednej z czterdziestu sześciu pasji Georga Telemanna. Odkładam czytaną książkę, bo koncert zdaje się nie mieć końca. Telemann jest w końcu uważany za najbardziej płodnego kompozytora wszech czasów. Mamo, może ty też spróbujesz zagrać? Na pewno jesteś świetną flecistką. Z uśmiechem Mony Lisy idę do kuchni. Zastanawiam się kiedy dorosną na tyle, żeby drogą abstrakcyjnych skojarzeń zacząć żartować grą słów, jak w legendarnym słuchowisku Z pamiętnika doktora Wyciora. Pewnie szybko, bo pytają dlaczego się uśmiecham.




sobota, 4 października 2014

EKSHIBICJONIZM

     Sobotnie przeglądanie portali społecznościowych. O, znajomym urodziła się córka. Mnóstwo lajków i gratulacji, na zdjęciu wzruszeni rodzice z zawiniątkiem z uszami różowego królika. Wychodzą w październikowy chłód i dziesiątki nieprzespanych nocy, prób cierpliwości, koncertów na jedną małą trąbkę fanfarową, wózek i dwie okaryny. Przeglądam dalej. Cytaty z ksiąg przeplatają się z żarcikami rysunkowymi średnich lotów. Czasem wpadnie w oko, wśród niezliczonych pejzaży jesiennych, jakaś naprawdę fajna fota. Jak zwykle trochę selfie, żebym nie zapomniała gapiąc się dziennie ileś tam godzin w monitor, jak w mikroskopijnym obiektywie Carl Zeiss wygląda gęba mojego kolegi z licealnej klasy. O wschodzie słońca, z partnerką, grupowo, z talerzem, pełnym, pustym, o zachodzie.
     Wspomniany kolega do tej pory jakoś mnie nie drażnił. Składaliśmy sobie życzenia dwa razy w roku i na urodziny. Jego obecność była zauważalna, ale nie nazbyt nachalnie. Zmieniło się jakiś czas temu. Ewidentnie zaczął się rozkręcać, otworzył się na nieograniczone możliwości portalowej autokreacji. Co dwa, trzy dni zaczął zmieniać zdjęcie profilowe. Zawsze na swoje, żadne tam widoczki czy rysunki z sieci. Zaczynam monitorować każdy nowy wągier na jego wydatnym nosie. Wrzuca niezliczone ilości tekstów do przeczytania, zdjęć do obejrzenia, złotych myśli w stylu późny Coelho, wiem jaki ma samochód, drzewa pod blokiem, psa i rower. Znam trasy wszystkich jego wycieczek rowerowych rejestrowanych przy pomocy aplikacji coś tam sports tracker. Jedna wynosi 0,9 km. No, no... dziś zaszalał! Spalił siedem kalorii, cały ten dystans zajął mu jedną minutę i 47 sekund. Czas taki sobie... Powinien postarać się jednak o WC w domu. Na dodatek lajkuje wszystkie swoje posty. Taki post po kolejnym olajkowaniu znowu wykonuje rundę honorową na ścianach znajomych. O komentarzach windujących posty znowu na początek listy czytelniczej nie wspomnę. Zaczynam się zastanawiać czy skomentował również politykę prywatności portalu. Bo kolega komentuje wszystko, dowcipnie i ze znawstwem. Celuje w zdjęciach dzieci. Strach wrzucić swoje. Komentuje komentarze moich znajomych. Portalowy Dariusz Szpakowski. Generalnie trudno oprzeć się wrażeniu, że zaczynamy ze sobą żyć. Ja i on. 
     Czarę goryczy przelewa dzisiejsza seria zdjęć z oczekiwanego nadejścia potomstwa. Na jednym z nich jego partnerka z ogromnym ciążowym brzuchem leży na łóżku na oddziale porodowym. Foto w piżamce, zdjęcia posiłków, uroczych futrzanych kapciuszków na opuchniętych uroczo, bo odciążowo, nogach partnerki. Dramaturgia wzrasta, kiedy docieram do zdjęcia samego szpitalnego łóżka. Na jego oparciu powieszona karta pacjentki. Nawet bez powiększania (nie powiększałam, ok?) dokładnie widać, że leży od dwóch dni i w obydwa był stolec. Zaczynam naprawdę kibicować położnym, jednocześnie przeczuwając grozę ciągu dalszego. Poród, okres połogu. W obrazkach. Nie no, chyba się kolega opamięta... Ale nie mam pewności. W ustawieniach zaznaczam opcję, żeby nie pokazywać mi jego postów w aktualnościach. Ja wiem, czepiam się. Przecież ten i inne portale już takie są. Chyba temu nawet służą. Ale kolega kiedyś, w liceum, był naprawdę skromny...


                                                    Stanley Kubrick Mechaniczna pomarańcza


piątek, 3 października 2014

PIEPRZ

     Na portalowym profilu randkowym wśród języków,  w jakich chcę rozmawiać, wymieniłam język angielski. Traktuję to nie tylko jak darmową lekcję języka obcego. Bardzo często ciekawi mnie co sprowadza obcokrajowca do Polski, czego tu szukał, szuka i co odnajduje. Pisze do mnie Noah. Zerkam na profil. I już jestem zaskoczona. Noah jest... czarny. Ok, ok, jest Afroamerykaninem. Negrem. A zresztą, dobra - jest Murzynem. Bo ja z tym określeniem nie mam żadnego problemu. Ulegam różnym stereotypom, ale raczej rzadko na tle rasowym. 
     Będąc na studiach przez rok mieszkałam w akademiku, w którym mieszkali wszyscy studiujący na uczelni obcokrajowcy. Świetny akademik, kulturowy tygiel. Przez dwa miesiące razem z dzielącą ze mną pokój koleżanką waletowałyśmy Teddy'ego z Angoli. Spał po prostu na materacu między naszymi łóżkami. Był mądry i przezabawny. Choć pamiętam też drastyczne opowieści o wojnie domowej i realiach życia w Afryce. Nazywał mnie Odette, bo mój śmiech kojarzył mu się z najmłodszą z siedmiu sióstr. W podziemiach akademika był studencki klub, prowadzony przez czarnoskórych, z "ich" muzyką z Gwinei czy Ghany, spotykali się tam każdego wieczoru wszyscy - czarni, biali, żółci, Latynosi, chrześcijanie i muzułmanie. Ale przez wzgląd na właścicieli klubu, atmosferę miejsca, i bezpieczeństwo nie dostania w mordę za kolor skóry w innych klubach w mieście - siedzieli tam głównie czarni. Teddy, wchodząc na wieczorne piwo, pod jedną rękę z moją koleżanką, pod drugą ze mną, często mawiał: "Dziewczyny, chodźmy może gdzie indziej? Tutaj są same czarnuchy..." Uwielbiałam go za ten przewrotny, nieco gorzki dystans do  koloru swojej skóry. Znał na pamięć całego Murzynka Bambo. I chciał na urodziny dostać wybielacz. Do tkanin. Zupełnie mu się nie podobałam. Byłam zbyt... egzotyczna. Oczy za jasne, usta zbyt wąskie. I on mnie również. Tyle, że oczy zbyt ciemne, usta zbyt wydatne. Gdyby nie przyjaźń z Teddym, nigdy bym sobie pewnie nie uświadomiła, ile nas łączy, a ile jednak dzieli. Bo czym innym jest pić piwo w studenckim klubie i dzielić z kimś po koleżeńsku pokój, a zupełnie czym innym jest życie z czarnoskórym partnerem w jednonarodowym kraju. Znam takie dwie pary. Rzadko spotykają się z przejawami otwartego rasizmu, ale z niechęcią i ksenofobią stale. 
     To wszystko przypominam sobie czytając wiadomość od Noah. Pisze zabawnie: "Wiedzą jest wiedzieć, że pomidor to owoc, mądrością jest nie dodać go do sałatki owocowej. To, co wiem z twoich zdjęć, to to, że zdecydowanie nie można cię umieścić w sałatce. Ale może znajdziesz jakieś połączenie?" Nie chcę go urazić, ale pozostawić bez odpowiedzi również nie chcę. Piszę więc, że mam się za zwykłego pomidora, którego jedyną ekstrawagancją jest szukanie połączeń co najwyżej z mozzarellą i bazylią. A on jest dla mnie owocem mimo wszystko zbyt egzotycznym. Noah wyraża żal, ale akceptuje taką odpowiedź. Chwilę rozmawiamy, jest w Polsce lektorem języka angielskiego, chciałby tu zostać na stałe, ożenić się i mieć dzieci. Z ciekawości pytam jak mu idzie na portalu. Odpowiada, że bywa różnie, ale nie jeśli chodzi o gust Polek, tylko raczej otoczenie i presję społeczną. Boją się głównie tego i nie planują z nim przyszłości, mimo udanej relacji. Ale on lubi iść pod prąd, poza tym mamy tutaj naprawdę piękne i mądre dziewczyny. Żartobliwie życzymy sobie udanych połączeń kulinarnych. 
     Zamykając stronę portalu, myślę nadal o Teddy'm i Noah, którzy wmieszali się w polski bigos jak czarne ziarenka pieprzu. Przyprawa powszechnie znana, mimo tropikalnego rodowodu, ale ile go dodamy jest kwestią gustu. Każdy pieprzy co chce i ile chce.